strona główna             spis treści              o mnie

      

WYZWANIE: 200 KM ROWEREM + ŚLĘŻA

22 listopada 2019 

W SKRÓCIE

Kilka dni temu, 22 listopada, zaliczyłem swoje kolejne wyzwanie rowerowo-górskie. Tym razem było to przejechanie 200 km rowerem + wejście na szczyt Ślęży (w limicie 24 godzin). Ogólnie wyglądało to tak: z mojego miejsca zamieszkania pojechałem rowerem pod Ślężę (100 km, przez Brzeg, Łagiewniki), w południe wszedłem na szczyt z przełęczy Tąpadła, a po zejściu wróciłem do domu (drugie 100 km). Zajęło mi to 18 godzin (wyjazd 4:00, powrót 22:00) w tym przerwa na obiad. 

Tym razem obyło się bez deszczu, jedynie z jazdą pod wiatr w drodze powrotnej. A ponieważ chyba pierwszy raz w życiu ułożyłem sobie porządną strategię (tempo jazdy, nawadnianie organizmu itp.), to jeszcze po 170 kilometrach miałem całkiem dobrą psychomotorykę, a kryzys fizyczny przyszedł dopiero (o dziwo!) na 197 kilometrze, czyli mimo ogólnego zmęczenia, znaczący spadek siły w nogach poczułem dopiero na 3 kilometry przed metą. 

 

NAJWAZNIEJSZA JEST STRATEGIA

Jest późna jesień. Dni są krótkie. Dlatego wiedziałem, że jeśli chcę sobie zapewnić szanse na sukces wyprawy, muszę z domu wyruszyć bardzo wcześnie, aby pod Ślężą być jeszcze przed południem i szczyt atakować za dnia. Następnie przynajmniej połowę drogi powrotnej odbyć zanim nadejdzie wieczór. A więc postanowiłem, że wstaję o 2:00, aby już przed 3:00 być w drodze. 

Poprzedniego wieczora przygotowałem sobie niezbędny ekwipunek, a na podłodze obok łóżka ułożyłem komplet ubrań (od skarpetek, przez bieliznę termoaktywną, po kurtkę gore-tex’ową), aby po obudzeniu tylko wskoczyć w to ubranie, chwycić toboły i zbiec na dół, do roweru. W dwóch torbach rowerowych – jednej takiej podczepianej pod kierownicę, a drugiej na bagażnik – miałem ubrania na zmianę, oraz zapas jedzenia i picia, abym po drodze nie musiał tracić czasu na wchodzenie do sklepów (zwłaszcza, że między 3:00 a 7:00 sklepy i tak będą zamknięte). Jeśli chodzi o odzież, to zabrałem aż cztery zapasowe t-shirty, aby móc co 50 km przebrać się w suchy. 

Kiedyś podobne eskapady (na mniejsze dystanse) realizowałem spontanicznie, ale jeśli chcesz już robić 200-300 km w jeden dzień, potrzebujesz strategii. Tu już nie wystarczy wskoczyć w spodnie, kurtkę i romantycznie ruszyć „z kopyta”. Żeby pokonać taki dystans i nie doprowadzić się na skraj wyczerpania, trzeba zrobić to z głową. Dystanse rzędu 200 - 400 km/dobę nie są dla człowieka naturalne, więc wymagają nie tylko wcześniejszego wypracowanej należytej kondycji, ale i odpowiedniej strategii już podczas ich pokonywania.

Głównymi elementami mojej strategii były:

- wyruszenie w drogę jeszcze nocą, aby na górę wchodzić przed południem i powrotne 100 km pokonać przynajmniej częściowo za dnia 

- regularne nawadnianie organizmu i odżywianie podczas jazdy,

- po trzecie, przebieranie się po kolejnych etapach w suchą bieliznę, aby zapewnić sobie komfort i utrzymać wysokie morale. 

Niektórzy rowerzyści wybierają się na dystanse 200 – 400 km w jednym komplecie odzieży, aby nie dźwigać bagażu. Ja uważam, że tak nie trzeba. Woreczek z trzema termoaktywnymi t-shirtami i dwiema parami majtek nie wazy aż tyle, żeby nie można było go ze sobą zabrać w trasę.

Pytanie - ile zabrać jedzenia i czym się odżywiać, to temat na osobny post, ale wyliczenie tego nie jest trudne. Skoro rowerzysta spala ok. 300 kcal na godzinę, to wiedząc ile godzin będziesz jechać, możesz oszacować, ile jedzenia potrzebujesz, by pokryć te kalorie. Z wodą podobnie - jeden 750 ml-owy bidon na godzinę i popijać co kilka minut. 

Teraz, po ukończeniu wyzwania, mogę śmiało powiedzieć, ze moja strategia zadziałała idealnie (co wcale nie zdarza mi się tak znowu często). 

 

POBUDKA 2:00 I W DROGĘ!

Aby wstać o 2:00, położyłem się spać poprzedniego wieczora około 20:00, dzięki temu po sześciu godzinach snu obudziłem się wyspany i gotowy do akcji. Niestety drobne problemy organizacyjno-sprzętowe sprawiły, że z domu wyszedłem po 3:00 i jeszcze musiałem nasmarować łańcuch w rowerze, bo zapomniałem to zrobić poprzedniego dnia. No więc z mojej miejscowości wyjechałem około 4:00. 

Już od pierwszych kilometrów jechało się dobrze, luksusowo wręcz, bo miałem lekki wiaterek w plecy. Wiedziałem jednak, że w drodze powrotnej przyjdzie mi za ten luksus zapłacić, bo będę wracał pod wiatr, który dodatkowo ma się w ciągu dnia wzmagać i pod wieczór osiągnąć nawet 18 km/h. Tak orzekła prognoza pogody. 

Nastawiłem się na spokojna jazdę. Kto na takich dystansach pierwsze kilometry ciśnie co sił w nogach, w moim odczuciu popełnia błąd. Każdy zaawansowany rowerzysta, czy zawodowy kolarz wam powie, że pierwszą ćwierć trasy należy zrobić spokojnym tempem; dać się mięśniom rozgrzać. 

Jechałem sobie przez kolejne wioski. Na ulicach pusto. Polska jeszcze śpi, a ja sobie jadę na Ślężę. Już kiedyś jeździłem podobne dystanse, więc sama odległość nie brzmiała dla mnie groźnie. Kluczem do sprawy było, ze w połowie tego dystansu mam za zadanie wejść na szczyt góry i zejść. To będzie etap, na którym zużyję spory zasób sił, wiec właściwym wyzwaniem będzie powrót do domu, po zejściu z góry. 

Tak już sobie wymyśliłem te wyzwania – pojechać pod jakąś górę, wejść na nią, a potem trzeba jeszcze wrócić do domu. Taka zabawa zapewnia emocje. Że dojadę pod górę, to raczej pewne, ale jak będzie z wejściem? Czy dam radę potem wrócić do domu? Dawniej robiłem wyzwania polegające na dojechaniu do jakiejś góry i tylko wejściu na szczyt, gdzie później biwakowałem. Ale z czasem to stało się za mało emocjonujące, bo po dotarciu na miejsce i wejściu na szczyt następował bezpieczny finał w ciepłym śpiworze. Teraz mam dodatkowa trudność, bo trzeba tak zarządzać siłami, żeby jeszcze z góry zejść i wrócić do domu.

 

ŚLĘŻA

Te 100 km do Ślęży trwało 6 godzin i minęło dość szybko. Zwłaszcza, że rano świeciło piękne słońce. Na to, ze jechało się dobrze, wpłynął tez fakt, ze dobrze znam tę trasę – na Ślężę rowerem jeżdżę od lat. W jej masywie przeżyłem wiele fajnych wędrówek i biwaków.

I w sumie na Przełęczy Sulistrowickiej byłem już po 10:00, ale zamiast jechać przez wioski, pojechałem ścieżka trawersującą Łakę Sulistrowicką (taki rezerwat) i Radunię.Nie znałem wcześniej tej ścieżki i jej przebadanie zajęło mi trochę czasu (robiłem trochę zdjęć, gdzieniegdzie grzęzłem w błocie ). Na Tąpadła dotarłem koło 11:00, mając na liczniku rowerowym nabitą „stówę”. 

Aby nie tracić czasu, postanowiłem szybko się przebrać i od razu iść do góry. Jakiś posiłek zjem po zejściu. Była 11:45. Droga na szczyt żółtym szlakiem zajmuje godzinę i udało mi się pokonać to wejście tylko odrobinę szybciej. Na szczycie, postałem chwile przy wieży widokowej (która i tak jest nieczynna), po czym ruszyłem w drogę powrotną, tym samym szlakiem. Na górze wiało, jak diabli. Gdy szedłem w górę, wiatr wył w koronach drzew, a na szczycie, podmuchy zimnego wiatry nieco mnie przewiały, ale co tam! Na przełęczy, w torbie mam kuchenkę i zrobię sobie coś ciepłego. Tak, o tej porze roku zawsze zabieram w trasę kuchenkę gazową (prymuskę), Latem mogę jej nie mieć, ale jesienią czy zimą, ciepły posiłek lub herbata potrafią uratować tyłek. Nie wiem, jak jest u innych rowerzystów, ale na długich dystansach, w chłodne dni, nie bawię się w szukanie kawiarenek, gdzie mógłbym napić się gorącej herbaty. Ja „kuchnię” wożę ze sobą, żebym ciepłej herbaty mógł się napić w każdej chwili, nawet w szczerym polu. 

Ze Ślęży zszedłem około 13:30 i pod wiatą na przełęczy Tąpadła, od razu zabrałem się za ugotowanie szybkiego obiadu. Jadąc tu piłem regularnie, oraz jadłem specjalnie spreparowane kanapki. Ale teraz pora zjeść cos normalnego. Zrobiłem sobie puree instant (zalewasz wrzątkiem i po chwili masz na talerzu porcję przyzwoitego puree z boczkiem), oraz barszcz instant do picia oraz „grochówkę - gorący kubek”. 

I chyba to siedzenie pod wiatą, za stołem i zabawa z gotowaniem, sprawiły, ze poczułem jakieś znużenie. Cóż, Ślęża wysoka nie jest, ale szybkie wejście i zejście kosztuje jednak trochę energii. Poczułem stres. Bo przecież przede mną jeszcze 100 km drogi powrotnej. Ale na szczęście ciepły posiłek tak mnie pobudził, ze już około 14:30 siedziałem na rowerze, spakowany, rześki i pełen sił, gotowy do drogi. 

Morale mi się już poprawiło i czułem, że dokończę to wyzwanie. 

 

DROGA POWROTNA POD WIATR i KRYZYS TUZ PRZED METĄ

Droga powrotna przebiegała bez niespodzianek. Wieczór zapadł, gdy przejeżdżałem przez Strzelin. A stąd mam tylko 70 km do domu. Powiem szczerze, że jedynym uciążliwym czynnikiem podczas drogi powrotnej był ten czołowy wiatr. Pod wiatr zawsze jedzie się ciężko ale nie chodzi nawet o to, że wiatr stawia opór, a o ten irytujacy szum w uszach. Kiedy jedziesz rowerem do sklepu, nawet go nie zauważasz. Kiedy jedziesz rowerem godzinę, być może zwrócisz na niego uwagę przez moment. Ale kiedy jedziesz pod wiatr kilka godzin i w uszach non stop słyszysz szum, jak by nad głową latały ci wojskowe myśliwce, to można się poirytować. 

No więc jechałem i intensywnie pracowałem nad tym, żeby nie dać się zirytowac. Wiatr i tak zrobi swoje. Jeśli ma się za sobą 150 km i wejście na jakąś górę, nie warto poddawać się emocjom. Bo te ostatnie ćwierć trasy, jakie zostało do domu, wymaga wysiłku i koncentracji. Ludzka psychika jest zespolona z organizmem. Jeśli motywacja zacznie „siadać”, mięśnie też „usiądą”. Dlatego, w ramach mojej strategii (oprócz nawadniania pamiętać tez o pozytywnym myśleniu, motywacji), postanowiłem, że ten czołowy wiatr potraktuję jak „lukier na torcie”, który doda mojemu wyzwaniu smaku. 100 kilometrów w drodze powrotnej, zrobione pod wiatr? Ok. Satysfakcja na mecie będzie dzięki temu większa. 

I faktycznie takie myślenie motywacyjne podziałało. Praktycznie całe 100 km zrobiłem równym tempem, jechało mi się dobrze i bez niespodzianek, a wiatr w uszach i rozgwieżdżone niebo, przypominały mi o maksymie „Per aspera ad astra” (wrzućcie to sobie do tłumacza google, bo warto).

Faktyczny kryzys, czyli nagły i znaczny spadek sił (oraz zwiększony ból nóg), przydarzył mi się dopiero na 197 kilometrze, czyli praktycznie pod domem. Dlatego w ogóle się tym kryzysem nie przejąłem. Sytuacja zaskakująca, bo prognozowałem, że kryzys nadejdzie wcześniej, gdzieś na 50 kilometrów przed metą i o te ostatnie 50 km trzeba będzie ostro walczyć. 

Czego mnie to nauczyło? Przede wszystkim tego, że warto być dobrze przygotowanym i stosować przemyślaną strategię. Jeśli się mądrze zarządza wysiłkiem na poszczególnych etapach, oraz pilnuje na bieżąco prawidłowego nawadniania i odżywiania podczas jazdy, to da się pokonać całą trasę bez przykrych niespodzianek. 

Jakoś po 22:00 przekroczyłem granice mojej miejscowości, a licznik roweru pokazał, ze właśnie przejechałem 200,45 km. Na styk! Do domu miałem jeszcze kilometr, ale już w tym miejscu ukończyłem moje wyzwanie. Niesamowite uczucie. Takie zmagania dają ogromną satysfakcję, z pokonywania trudności, ale tez stanowią wspaniałą przygodę. 

 

ZASŁUŻONY SEN I REGENERACJA PO WYSIŁKU 

W domu, przed snem, wypiłem napój izotoniczny, aby lepiej mi się spało. To element mojej strategii – nawodnić organizm po wysiłku, tuż przed snem, aby we śnie miał się z czego regenerować. To zapewnia spokojny sen i odpoczynek. 

Kiedyś kierowałem się błędnym założeniem, że wieczorem nie należy nic pić, żeby nie budzić się w nocy do ubikacji. Ale odwodniony organizm potrafi się budzić co godzinę (i śnią się koszmary), dlatego po dużym wysiłku wręcz należy się czegoś napić, by zapewnić sobie dobry sen. Przynajmniej u mnie tak to działa. 

Na drugi dzień obudziłem się w dobrym nastroju i nienajgorszej kondycji. Dwa dni później czułem się już bardzo dobrze – nogi nie bolały, nie było już śladu po mojej eskapadzie. A dziś – piszę to 26 listopada – czuję przemożna chęć, aby pojechać na jeszcze jakieś wyzwanie, zanim nadejdzie prawdziwa zima. Pomysłów mam całkiem sporo. Jeśli teraz pogoda już nie pozwoli, to na wiosnę chcę zrobić „250 km + wejście na Śnieżnik”. 

Trzymajcie za mnie kciuki. To musi się udać!

powrót do strony głównej ->