strona główna             spis treści              o mnie

      

27 lipca 2019

  

150 KM ROWEREM, NOCĄ, BEZ SNU - RELACJA I ANALIZA. 



Niedawno wracałem rowerem z okolic Wałbrzycha, 150 km nocą, bez snu, po całym dniu krążenia po szlakach (jest filmik z wędrówki – link na dole). To nie była jakaś planowana akcja, po prostu tak wyszło. W dzisiejszych czasach 150 km to nie jest zawrotna liczba, ale wziąwszy pod uwagę, ze po całym dniu wędrowania po górach jeszcze wsiadłem na rower i przejechałem 150 km do domu...  chciałbym się podzielić wrażeniami, jak mi poszło.  

Jeszcze za dnia wałęsałem się po Górach Suchych - przeszedłem czerwonym szlakiem, tzw. „Orłowiczem” od schroniska PTTK Andrzejówka do ruin zamku Rogowiec. Szło się dobrze, polecam wam ten szlak. Po południu, już w Sokołowsku ok. godz. 17:00 zjadłem obiad. Do domu miałem wracać następnego dnia, ale w prognozach pogody zapowiedziano, że już nad ranem i cały jutrzejszy dzień w okolicach Wałbrzycha mają być gwałtowne burze. SKoro nazajutrz i tak miałem wracać do domu, postanowiłem, ze wyruszę już teraz, aby uciec przed burzami. Była już 18:00. Z Sokołowska do Dobrzenia mam 150 km. 

Pomysł jazdy na taką odległość nocą, po całym dniu wędrowania, wydaje się nieco „porąbany”, ale ja już robiłem podobne akcje. Na wszelki wypadek założyłem sobie, że w razie spadku sił, jeśli zmorzy mnie sen, przeniosę się po prostu na masyw Ślęży, zamiast jechać aż do domu. Jest tam taka drewniana chata... Decyzję podejmę, gdy minę Dzierżoniów. 


ETAP I: WYJECHAĆ POZA REJON GÓR. CEL - DZIERŻONIÓW.


Powiem od razu – początkowo spokojna podróż powrotna do domu, zmieniła się w nocy w ucieczkę przed burzą. A właściwie dwiema burzami, które szły razem nad ta częścią województwa, jedna obok drugiej, jak dwa kombajny jadące obok siebie po polu podczas żniw. To było zadziwiające. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Dwie burze na niebie – jedna z lewej, druga z prawej, oddzielone od siebie kawałkiem niemal bezchmurnego nieba i obie idą prosto na mnie. Ale zacznijmy od początku.

Około 18:00 już jestem spakowany, wsiadam na rower i ruszam z Sokołowska, w stronę Głuszycy i Walimia. W Walimiu przedostanę się serpentyną do Pieszyc i tym samym opuszczę rejon Sudetów. Pieszyce i Dzierżoniów, to już przedgórze sudeckie. Ciekawie to wygląda – jedziesz się z Walimia, serpentyną, droga wije się jak wąż, w górę potem w dół, aż nagle wyjeżdżasz z rejonu górskiego do Pieszyc i Dzierżoniowa a tu już płasko. Odwracasz się, a góry już za tobą. To jest jak przejście przez starą szafę z Narnii do zwykłego świata. Zostawiasz za plecami magiczną krainę. 

Z Rybnicy Leśnej, do Głuszycy i dalej do Walimia jedzie się ciągle delikatnie z góry, więc poszło gładko. Ale co zyskasz na tym odcinku, to Walim ci zabierze. Droga z kostki brukowej, cały czas w górę, najpierw przez miasto, potem na serpentynie. Więc, aby przebić się do Pieszyc, trzeba cisnąć w pedały i pokonać spory garb, bo z wysokości około 400 m.n.p.m. podjeżdżamy na Przełęcz Walimską na wysokość prawie 800 m.n.p.m. To dużo wyżej, niż szczyt Ślęży. 

Około godz 20:00 wjeżdżam do Walimia i w Dino uzupełniam zapasy picia – 750 ml izotonika o smaku lemonki i wielka butla coli. Na coli jedzie się bardzo dobrze – jak na paliwie wysokooktanowym, bo cola zawiera cukier, a mięśnie podczas wysiłku lubią cukier. Następnie cisnę w górę przez miasto po kostce brukowej (żaden rowerzysta nie lubi kostki brukowej, ale Walim ją zdaje się kocha, bo tu kostka jest wszędzie). Jadę i popijam z bidonu karmelowe, gazowane paliwo. Następnie wyjeżdżam na serpentynę w kierunku Przełęczy Walimskiej. Z przełęczy można iść na Wielką Sowę.

Gdzieś w połowie serpentyny, zdyszany i spocony, przebieram się w ubrania z długim rękawem, bo już zapadł zmrok – w górach słońce zachodzi szybciej, niż na nizinach. Może to późna pora i zapadający zmierzch sprawiły, że serpentyna wydała mi się ciągnąć jak flaki z olejem? 

Dosłownie o 21:55 wbiegam do Biedronki w Pieszycach by kupić dwie butelki wody mineralnej (jedna niegazowana do gotowania). Czyli pokonanie 12-kilometrowej serpentyny przez Przełęcz Walimską zajęło mi 1,5 godziny. Gdybym nie zdążył kupić tej wody, nie miałbym na czym gotować ani co pić w nocy. Bez picia nie byłoby mowy o przejechaniu dalszych 110 km. Za sobą mam dopiero 40 km. Czy jestem już zmęczony fizycznie? I tak i nie. Dzięki regularnemu piciu i podjadaniu w trakcie jazdy, mam wciąż zapas energii. 

Jak to jest z tym chodzeniem po górach i jazdą rowerem? Otóż cały trick polega na tym, że podczas wędrowania szlakiem, nogi pracują nieco inaczej, niż podczas jazdy rowerem. Podczas marszu najbardziej cierpią stopy, które podczas jazdy rowerem nie są zbyt obciążone. Dlatego po marszu da się jeszcze jechać rowerem. Od naszej kondycji zależy natomiast, jak długi marsz i jak długą trasę rowerem chcemy pogodzić. Napisze kiedyś o tym szerzej.


Żeby na długich trasach mieć siłę, piję głównie napoje słodzone. Sama woda mineralna nie daje zbytniego „energetycznego kopa”. A jeśli chodzi o jedzenie, to pewnie się zdziwicie, ale nie jadam żadnych batoników, ani deserowych, ani musli. Na długich trasach jadam pieczywo i wędliny. Przerabiałem temat odżywiania przez lata i wierzcie mi – to działa. Węglowodany z napoju i prawdziwej bułki (nie kajzerki z marketu), oraz białko i tłuszcz z kawałka dobrej kiełbasy dają mi to, co silnik odrzutowy dla wojskowego myśliwca. 

Owszem, zaraz powiecie, z przecież istnieją nowoczesne rozwiązania, np. maratończycy czy kolarze spożywają żele energetyczne. Ale dlaczego ja mam jeść żele energetyczne? Po co? Ja uprawiam turystykę rowerową. 

Około 22:30 jadę z Pieszyc fajną ścieżka rowerową w stronę Dzierżoniowa. W połowie drogi jest bardzo eleganckie miejsce postojowe, z ławkami i stołami z kamienia. Tu robię postój na solidny posiłek. Tu tez mam pierwszy kryzys. Dobre jedzenie i chwila spokoju zrobiły swoje – poczułem senność. Niedobrze. 

A jeszcze bardziej niedobrze zrobiło się, gdy rzuciłem okiem w stronę Gór Suchych, z których wracam. Zobaczyłem, że nad Sokołowskiem właśnie szaleje burza. Pioruny co chwilę rozświetlają niebo. Błysk za błyskiem. Zła wiadomość jest taka, że wiatr wieje stamtąd w moja stronę, co oznacza, ze ta burza niebawem tu przyjdzie. Szacuję pobieżnie, że za jakieś dwie godziny, kiedy ja będę w okolicach Strzelina, burza będzie już nad Dzierżoniowem.


ETAP II: Z DZIERŻONIOWA PRZEZ DĘBOWĄ GÓRĘ, DO ŁAGIWENIK I STRZELINA.


Z Dzierżoniowa jadę w pagórkowatym terenie, w stronę Łagiewnik. Po drodze jest Dębowa Góra – ciekawy teren, fajne wzgórza; do zbadania innym razem. Po lewej cały czas towarzyszy mi rozległa i dumna Ślęża. Ale jadę dalej. Jest już po północy, gdy przejeżdżam przez Łagiweniki. Od teraz Ślężę i Sudety Wałbrzyskie będę miał za plecami. 

Minęła 1:00 w nocy. Przejeżdżając przez Strzelin patrzę w okna mijanych bloków i domów. Wszyscy śpią. Wszędzie cichosza. Tylko ja przemykam przez śpiące miasto, niczym szpieg z krainy deszczowców. Już połowa 150-kilometrowej trasy za mną. Jestem już 7 godzin w drodze a tu dopiero połowa trasy. 

Mogłem gdzieś tu zabiwakować – na Ślęży, albo w okolicy trasy, jaką właśnie pokonuję, ale podczas jazdy postanowiłem, że potraktuję tę jazdę do domu, jako wyzwanie rowerowe. Nie wiem, kiedy znów mi się trafi trasa na 150 km nocą, więc od tej chwili nazywam to wyzwaniem i postanawiam jechać non stop i dotrzeć do celu (Dobrzenia) bez robienia przerw. Niestety w okolicach Wiązowa, czyli 60 km od mety, przychodzi drugi kryzys.

Dochodzi 2:00 w nocy. Strzelin został gdzieś z tyłu, za moimi plecami. Zbliżam się do Wiązowa i czuję, że pedałuję już dwa razy woniej, niż wtedy, gdy pokonywałem Przełęcz Walimską. Dosłownie, jakby kończyło mi się paliwo, rozładował akumulator. Czuje się, jak latarka, która już ledwo świeci. Jednak organizmu nie oszukasz – jest środek nocy i ciało chce spać! 


ETAP III: BURZA.


Poddaję się. Postanawiam, że musze zrobić gdzieś postój. Niedaleko Wiązowa jest taki, trochę zaniedbany, zagajnik. Zatrzymuję się tu, opieram rower o drzewo, wyjmuję z sakwy kuchenkę gazową. Następne 30 minut, to gotowanie ciepłego jedzenia. No i kawa. Wielki kubeł kawy. Jest lepiej. Siły wracają. Jednak rozstawiam swój jednoosobowy namiot (rozbija się go w minutę) i chowam się do środka z zamiarem „przekimania” jakichś 20 może 40 minut. Nabrania sił. Myśl o rowerowym wyzwaniu diabli biorą. A aniołowie przynoszą myśl o ciepłym śpiworku. Chyba dałem się złamać. Nie przejadę tych 150 km za jednym zamachem. 

Jednak już w trakcie rozkładania legowiska zauważam coś w oddali. Błyski na niebie, bardzo blisko. Burza, przed którą uciekałem, jest tuz tuż. Szacuję, że nad Strzelinem już pada. Chwilę później rozlega się głośny grzmot. Wchodzę do namiotu – myślę: „poleżę choć pięć minut”. I w tym momencie zrywa się potężny wiatr a gdzieś blisko uderza kilka piorunów, jeden za drugim. Szarpie moim namiotem, jakby ktoś go chwycił ręka i zaczął nim ruszać. Wygina konary drzew, kołysze gałęziami. A więc jednak! Dogoniła mnie!

Około 2:45 w nocy. Nagle zdaję sobie sprawę, że rozbiłem biwak pod kępą wysokich drzew, w miejscu które jest najwyższym punktem w okolicy. Znajduję się dosłownie pod piorunochronem! Zrywam się na równe nogi, w kilka minut pakuje manatki i dziesięć minut później pędzę już w stronę Wiązowa. Pamiętam, że w centrum tej małej mieściny, znajduje się fajna wiata. Schowam się tam przed burzą. 

Pedałuję co sił. Na dłoniach poczułem cos mokrego. Zaczyna kropić! Do wiaty mam 3 kilometry. Pędzę co sił, a za plecami, gdzieś blisko słyszę grzmot za grzmotem. Myślę: „Po co ja sobie ubzdurałem to wyzwanie? Nie lepiej było zadekować się w jakiejś agroturystyce?”. No ale jak ja się już nastawię na jakieś wyzwanie rowerowe, to już tylko o nim myślę. Tak już mam.

Około 3:00 wjeżdżam do Wiązowa i ku mojemu zdziwieniu mijam na ulicy grupki ludzi. Jakaś kilkuosobowa rodzina, ubrana dość odświętnie, wraca prawdopodobnie z jakichś imienin. W centrum miasta dwóch chłopaków spaceruje i rozmawia. Jakiś starszy człowiek jeździ malutkim samochodem w tę i we wtę. O tej porze? Ludzie, dlaczego wy jeszcze nie śpicie? – pomyślałem. I zaraz zorientowałem się, że oni mogliby mnie spytać o to samo. 

Wreszcie docieram do wiaty i dokładnie, kiedy się pod nią skryłem, zaczyna padać. Szok! Zdążyłem co do minuty! Fajna, ładnie zrobiona drewniana wiata, w środku miasteczka. Niestety wandale zniszczyli stół z ławkami, które tu były. Rozkładam karimatę, siadam na podłodze i wyjmuje z sakwy kuchenkę. Musze zrobić sobie kolejna kawę. Nie mogę dopuścić, aby ogarnęła mnie senność, bo po deszczu ruszam dalej. Jeszcze 55 kilometrów do celu. Potrzebna będzie kawa, wiadro kawy!

Siedziałem tak na karimacie, pod ścianą wiaty, w centrum obcej miejscowości, deszcz padał, pioruny trzaskały a echo roznosiło grzmot po okolicy. Nie pierwsza to moja burza w trasie i nie ostatnia. 

Jest 5:00, już jasno, lampy na ulicach Wiązowa właśnie zgasły. A ja siedzę i sączę jeszcze ciepła kawę. Burza trzaskała przed całe dwie godziny. Lało jak z cebra. A ja schowany pod dachem, starałem się nastawić psychicznie, że lada chwila wsiądę na rower i ukończę to wyzwanie. 

Co ciekawe, to nie była jedna burza, a dwie. Ta druga przechodziła kilka kilometrów dalej, na wschód. W życiu czegoś takiego nie widziałem – jedna burza nade mną, potem pas dość czystego nieba i druga burza niedaleko, nad horyzontem. Sunęły po niebie, jak dwa potwory, groźne i piękne zarazem. A może to była jedna burza, która z powodu wirów powietrznych rozdzieliła się na dwie mniejsze? Nie wiem. Nie znam się. Ale wyglądało to jak scena z Wojny Światów. 


ETAP IV: TRUDNE OSTANIE 30 KM. 


Gdy przestało padać, a burze poszły dalej, wstało słońce i bez większych problemów pokonałem następne 20 kilometrów. Tuż po 6:00 wjechałem do Brzegu. Trzymałem się nieźle, ale na wszelki wypadek jechałem tylko ścieżkami rowerowymi (mimo, ze była niedziela rano i ruch samochodowy na mieście był znikomy). Jednak w Pisarzowicach na stacji paliw, profilaktycznie kupiłem sobie 200 ml puszkę napoju energetyzującego. Musiałem. Teraz będę jechał już tylko drogami asfaltowymi, a przecież w nocy nie zmrużyłem oka. 

I wtedy do mnie dotarło, że po całym dniu chodzenia szlakami, jechałem jeszcze całą noc rowerem. A teraz właśnie wstał nowy dzień. Słońce już pnie się w górę. Jest jasno. Pomyślałem, że chyba najgorsze już za mną. Niestety myliłem się...

Do Brzegu jakoś dawałem radę, ale już jadąc przez miasto czułem zmęczenie. Nie tyle nóg, co głowy. Głowy nie oszukasz, jeśli chce spać, będzie się kiwała na boki, a powieki zrobią się ciężkie. Będziesz z nimi walczyć, ale chwilami odniesiesz wrażenie, że na dwie sekundy zdarzyło ci się przysnąć, jadąc. Dziwne uczucie, przysypiać podczas jazdy rowerem. 

Napój energetyzujący przestał działać po jakichś 15 km, czyli w połowie drogi między Brzegiem, a metą, czyli moim domem. Ale obiecałem, ze teraz się nie poddam. Jeśli będzie mnie morzyć, będę jechał ścieżkami rowerowymi, chodnikami, prowadził rower poboczem, żeby nie wpaść pod auto. Ale do mety dotrę i już! 

Kofeina z energetyka podziałała może z 20 minut. Potem jechałem jak zombie na autopilocie. Ale o dziwo jechałem równo, bokiem drogi, nie wyjeżdżając w ogóle na środek jezdni i - jak widzicie - nie wpadłem pod żaden samochód. 


ETAP V: OSTANIE 15 KM - MĘCZARNIA.


Kryzys psychiczny dopadł mnie gdzieś pomiędzy 15 a 10 km przed metą, czyli na odcinku Stobrawa-Popielów. Chciałem zejść z roweru. Chciałem rzucić go w błoto i po prostu położyć się spać, gdziekolwiek, nawet w tym błocie... albo pod jakimś drzewem, lub w pobliskiej kukurydzy. Tak to czasami właśnie wygląda. Chcesz spać i jest ci wszystko jedno. Pozwólcie mi na chwilę zasnąć. 

Ale nie zrobiłem tego. Policzyłem do dziesięciu, wziąłem kilka głębokich wdechów i pojechałem dalej. Nie wiem, czy przeżyliście kiedykolwiek coś takiego? Taki stan, kiedy organizm kontunuuje pracę, mimo, ze nie wiesz, skąd czerpie na to energię. Pedałowałem, jak automat. Nie czułem już zmęczenia w nogach,. Nie czułem, żebym w ogóle miał nogi. Kiedyś, na filmie dokumentalnym o Legii Cudzoziemskiej, jeden z oficerów stwierdził, że człowiek ma pewne ukryte rezerwy, które uruchamiają się w sytuacji skrajnego wyczerpania. Może właśnie korzystałem z takich rezerw? W głowie miałem zamęt. Już nie myślałem tempie, jakim jadę, ani  o czasie, jaki mi pozostał do mety. Mknąłem niespiesznie, jak duch. 

Podobno maratończycy tak mają. Mówią, że ostatnie 25% trasy maratonu biegną skrajnie wyczerpani, na "autopilocie". Ciało samo biegnie. Zawodnik ma tylko dopilnować, aby nie przestać biec, bo jeśli na chwilę przestanie, to już nie ruszy dalej.

Nagle przyszło mi do sennej głowy, że potrzebuję jakiejś motywującej myśli. Jakiegoś sprytnego hasła, które pobudzi moja siłę woli i pociągnie mnie. I wtedy, nie wiedzieć czemu, zacząłem myśleć o himalaistach i zdobywaniu ośmiotysięczników. O bardzo wysokich górach i ich zdobywcach. O tym, że oni często skrajnie wyczerpani, brną do szczytu, jakby ich ktoś zaczarował. A kto się podda i uklęknie w śniegu, już nie wstanie. Usiądzie i zamarznie. 

I to mi dodało motywacji. Senność nie minęła, ale w moich nogach pojawiła się odrobina energii, z jakichś głęboko skrywanych w organizmie rezerw. Ostatnie 10 km trasy pokonałem, myśląc o tych, którzy uklękli w śniegu i już nie wstali. „Nie bądź, jak oni!”, „jedź choćby ostatkiem sił!”, „Zatrzymasz się dopiero, jeśli zacznie ci się robić ciemno przed oczami. Wtedy stop!”, "przejedź jeszcze kilometr, a potem zobaczysz" myślałem co kilometr, wiedząc, że jeśli ten kilometr przejadę , to zmuszę się do pokonania jeszcze jednego. I w ten sposób, powtarzając ten manewr w kółko, dojechałem do domu. Około 7:30 otworzyłem drzwi mieszkania. Byłem na mecie! 


PODSUMOWANIE

Jechałem 13,5 godziny. Dzięki w miarę regularnemu piciu i odżywianiu podczas jazdy, nie miałem ani razu skurczu w nogach. Niemniej po przespaniu kilku godzin mięśnie moich nóg były zbite i twarde jak kamień. Aby przywrócić mięśnie, po tak długiej jeździe, do jako tako normalnego stanu, należy - i tu może będziecie zaskoczeni – wsiąść po odpoczynku na rower i „rozjechać” nieco mięsnie. 

Może mieliście okazje widzieć, jak kolarze, po zakończonym wyścigu, nie siadają od razu w wygodnym fotelu, tylko właśnie jeszcze przez kilkanaście minut „jadą” na rowerach treningowych, aby zmetabolizować kwas mlekowy i pozwolić mięśniom "wybrzmieć" po tytanicznym wysiłku. 

Przerwa pod wiatą we Wiązowie trwała 2 godziny, spędzone na siedząco. Niestety nie dało się tego uniknąć. Ale ponieważ w trakcie tej przerwy głównie jadłem i piłem kawę i herbatę (nie zdrzemnąłem się nawet na kilka sekund na siedząco), to myślę, że mogę sobie to wyzwanie zaliczyć, jako ukończone. 

Nocą zawsze jedzie się gorzej. Trudniej o motywację, gdy wokół ciemno. Nie ma na czym zawiesić wzroku i droga się przez to dłuży. W dzień widać otoczenie, oczy od czasu do czasu patrzą na zieleń; za dnia jest łatwiej. 

Miałem cztery kryzysy, w tym najtrudniejszy to ten na 10 km przed metą.

A po co w ogóle robić coś takiego? Nie wiem. Mnie to po prostu bawi. Bawi mnie wystawianie się na takie próby wysiłkowe i ma tu na myśli zarówno wysiłek fizyczny jak i psychiczny. 

Zwłaszcza, że w planach mam kolejne wyzwanie rowerowo-górskie. Przejechać w ciągu doby 250 km rowerem + wejście na szczyt góry. Ale do tego trzeba być dobrze przygotowanym.

 

 

 

 

 

 

powrót do strony głównej ->