strona główna             spis treści              o mnie

 

 

20 maja 2014

O BIESZCZADZKIM POGRANICZNIKU, KTÓRY ZABŁĄDZIŁ W GÓRACH I WPADŁ W RĘCE UKRAIŃCÓW

Dotarłem jednego razu do Tarnawy Niżnej. Malutka bieszczadzka wioska na końcu świata. W pobliżu granicy z Ukrainą. Idzie się tam cały dzień, krętymi dróżkami przez dzikie, bezludne tereny. W Tarnawie jest cztery domy na krzyż i drewniany schron PTTK z polem namiotowym. Tu kończy się Polska. Dalej nie ma już nic. Tylko krzaki i polsko-ukraińska granica (za którą znowu krzaki). Ukrainy stąd nawet nie widać, bo zasłania ją, rozciągający się na horyzoncie spory garb gór.

W Bieszczadach jest tak, że wystarczy wieczorem rozpalić ognisko i nagle zewsząd zaczynają się schodzić ludzie. Siadają wokół ognia, grzeją ręce i choćby się wcześniej nie znali, zaczynają rozmawiać. Można wtedy usłyszeć niesamowite historie, często piękne lub zabawne.

 

błąd wyświetlania zdjęcia

Płynie sobie San. A tam na horyzoncie, to już Ukraina.. 

  

Po przyjściu do wioski, rozbiłem biwak na polu namiotowym przy schronie w środku wsi. I choć nogi, po całym dniu wędrówki, bolały niemiłosiernie, naniosłem drewna i rozpaliłem to ognisko. Już po chwili zaczęli się schodzić. Miejscowi i górzyści, młodzi i starzy, bardzo różnie ubrani, jedni jak hippisi, inni jak myśliwi, jeszcze inni opatuleni w polary z napisem Quechua. Za to wszyscy mieli poupychane w kieszeniach różne ciekawe historie.

Godzinę później, gdy zapadł zmierzch, przy moim ognisku siedziało już dobre trzydzieści osób. Ile ja się wtedy nasłuchałem opowieści! Jedną z nich opowiedział chłopak w moim wieku. Nie pamiętam teraz jak miał na imię, chyba Bartek. Razem ze swoją dziewczyną i najlepszym kumplem, wrócili właśnie z długiego pobytu w pracy za granicą. Teraz jeżdżą po Polsce i nadrabiają brak urlopu.

To było już późnym wieczorem, gdy ognisko zaczynało trochę przygasać. Niektórzy poszli już spać. Ale większa część towarzystwa grzała się przy ogniu nadal. Ja ogrzewałem się tym towarzystwem. W pewnym momencie opowiedziałem im, jak idąc przez te krzaki za Tarnawą, przelazłem przez granicę, na stronę ukraińską.
- No to masz fuksa, że nie spotkałeś ukraińskich żołnierzy – odparł Bartek
- Ale ja tylko tak na chwilę przeszedłem i zaraz wróciłem – powiedziałem. – Wiecie, chodziło tylko, żeby odhaczyć, że „byłem na Ukrainie”. Dwie minuty, ale zawsze...

I wtedy Bartek opowiedział historię jednego z tutejszych strażników granicznych, który też tak przelazł przez krzaki i został pojmały przez ukraińskich pograniczników.

Nasza straż graniczna miała wtedy jakieś ćwiczenia, o których strona ukraińska zapewne była powiadamiana. Ale ten nasz strażnik to był żółtodziób i jeszcze nie znał dobrze okolicy. Stracił orientację w terenie, odłączył się od grupy i błądząc między drzewami, w pewnym momencie usłyszał: „Ruki whoru!”. Gdy się odwrócił, ujrzał wycelowane w niego dwa karabiny. Posłusznie uniósł ręce do góry i zaczął coś mówić po polsku. Ale Ukraińcy nie bardzo rozumieli, co. Domyślili się tylko, że chłopak próbuje się tłumaczyć. Widzieli co prawda, że ma mundur polskiej straży, ale równie dobrze mógł mieć i ich mundur, czy jakiekolwiek inne przebranie. Skoro się tu znalazł, należy go zabrać na posterunek, a tam się wszystko wyjaśni.

Dowódca posterunku straży ukraińskiej miał już swoje lata, więc trochę znał polski.
- Macie przy sobie jakąś legitymację? – zapytał chłopaka.
- Ja tu tylko przypadkiem. – tłumaczył się Polak. – Proszę, oto legitymacja. Jestem strażnikiem. Mamy ćwiczenia.
Dowódca obejrzał legitymację. Widział już taką nie raz, więc od razu poznał, że prawdziwa. Oddał ją chłopakowi, poklepał go po plecach i powiedział do swoich:
- Zamknijcie go na razie w celi.
Polak z przerażeniem w oczach, poszedł posłusznie za ukraińskimi strażnikami. W celi położył się na pryczy i nakrył kocem. Przynieśli mu cos do jedzenia, a on leżał i zastanawiał się, czy opiernicz, jaki zgarnie od swojego dowódcy w Polsce, będzie trwał dwie czy może trzy godziny?
W tym czasie ukraiński dowódca podniósł słuchawkę służbowego telefonu, wykręcił numer dowódcy polskiego posterunku Straży Granicznej w Stuposianach.
- Mamy tu jednego z waszych. Zabłąkał się w okolicy – powiedział do szefa polskiej straży. – Łaził po lesie i chyba nawet nie zauważył, ze przekroczył granicę.
Po polskiej stronie słuchawki dało się słyszeć kilka siarczystych przekleństw i pytanie, kiedy można po chłopaka podjechać.
- Nie ma tak łatwo! Upieczcie na jutro świniaka, zapakujcie do auta trochę waszego piwa i przyjedźcie tu wszyscy wieczorem do nas. W trakcie imprezy przekażemy wam waszego człowieka. – powiedział ukraiński dowódca. – I weźcie ze sobą kierowcę, bo trzeźwych was stąd nie wypuścimy.

Polacy dotrzymali słowa, pojechali do Ukraińców z piwem i zagrychą. I tak oto, podczas polsko-ukraińskiej integracji przygranicznej (piwnej) nastąpiło przekazanie „jeńca”.

Na koniec słowo ode mnie. Otóż, miejscowi potwierdzili mi, że historia ta jest prawdziwa, ale nie wiem, na ile wiernie przekazał nam ją Bartek. Przedstawiam wam ją tak, jak wtedy przy ognisku spisałem. Potem jeszcze długo siedzieliśmy i każdy o czymś opowiadał. Efekt tego ogniska był taki, że na drugi dzień miałem w Tarnawie masę znajomych. Na ulicy w środku wioski, a także na szlakach ciągle spotykałem kogoś, kto – jak się potem okazywało – był u mnie na ognisku.

Więc pamiętajcie, będąc w górach rozpalcie ognisko. Ktoś zawsze się przysiądzie. Nie ma nic lepszego od rozgadanych kompanów i nigdzie w górach nie jest tak ciepło, jak przy wspólnym ognisku, wśród gorących ludzkich serc.

 

 powrót do strony głównej ->

 

"W Bieszczadach jest tak, że wystarczy wieczorem rozpalić ognisko i nagle zewsząd zaczynają się schodzić ludzie. Siadają wokół ognia, grzeją ręce i choćby się wcześniej nie znali, zaczynają rozmawiać."