strona główna             spis treści              o mnie

   

20 maja 2014

 

ROWEROWA MAJÓWKA 2014 - POLSKA, CZECHY, SŁOWACJA.
    

Wspaniała rowerowa przygoda. Idealna na maj. Przejechałem rowerem przeszło 500 km w 7 dni, przez Polskie, Czeskie i Słowackie góry (mapka poniżej). Miałem dużo frajdy i tylko jednego, ale dużego pecha, bo awarii uległa karta pamięci ze zdjęciami. A zaczęło się od mrożącej krew w żyłach, przygody w Górach Opawskich. Ale szerzej o tym wszystkim w osobnych wpisach. 

Poniższy dziennik podróży jest krótkim streszczeniem przebytej trasy. Ma mi pomóc pamiętać, jak było, kiedy i którędy jechałem. A jeśli chcecie wiedzieć więcej, o emocjach, jakie towarzyszyły mi w drodze, o szczegółach, o tym, jak kląłem, gdy jadąc pod górę brakowało sił, poczytajcie tez inne wpisy. bo o Rowerowej majówce 2014 będę jeszcze opowiadał.
   

POMYSŁ WYCIECZKI

Kilka dni temu odpicowałem mój rower, po zimowaniu w piwnicy. Stał umyty i błyszczał. Fajnie by było teraz gdzieś pojechać. Zajrzałem do szuflady z mapami. Odłożyłem na bok wszystkie podniszczone. Bo najbardziej zniszczone są mapy miejsc, gdzie byliśmy już wiele razy. A ja potrzebowałem czegoś nowego. W szufladzie leżała jeszcze nieużywana mapa Beskidu Śląsko - Morawskiego. 

Widziałem go wiele razy z daleka, przebywając na Górze Świętej Anny. Mam tam miejsce, z którego widać to pasmo. A więc nadeszła pora, aby tam pojechać. Włączyłem Google Maps i wytyczyłem sobie ambitną trasę, której początkiem będą Góry Opawskie, a finałem tenże Beskid, lub jeśli starczy sił, to także Mała Fatra i Tartry Niżne na Słowacji. Albo i Babia Góra. To będzie taka moja rowerowa majówka. 
    

DZIENNIK PODRÓŻY I OPIS TRASY 

Pierwszego dnia, we wtorek wyruszam z domu, przez Opole i Prudnik, do Pokrzywnej w Górach Opawskich. Tam, po wejściu na Olszak, nocleg nad Żabim Oczkiem i straszna przygoda, na szczęście z happy-endem. Drugiego dnia wejście na Gwarkową Perć. Potem jadę przez Prudnik, Trzebinię, gdzie wjeżdżam w Czechy i kieruję się na Opavę. Za Opavą nocleg pod namiotem, na stromym wzgórzu, niedaleko miejscowości Hrabyne. Nocą chodzę po terenie tamtejszego Muzeum II Wojny Światowej i oglądam stojące tam czołgi, ale przegania mnie ochrona.  Trzeciego dnia docieram do Ostravy. Trochę zwiedzam - fajna stolica. Niechcący wjeżdżam rowerem na Autostradową Obwodnicę Ostravy. Jadę poboczem z duszą na ramieniu. Późnym popołudniem docieram do miasta Frydek-Mistek, a stamtąd do Frydland Nad Ostravice. Dzień bez większych wrażeń - pedałowanie, pot i kilkugodzinna jazda w deszczu. Z Frydlandu jadę nad zalew za Ostravicą. Przepiekne, sztuczne jezioro - sprawdźcie w googlach. Nocuję na polance u stóp Małego Smerku. Jestem w Beskidzie Śląsko-Morawskim. 

    

błąd wyświetlania zdjęcia

 Rys. Mapa mojej rowerowej majówki. Żółty odcinek, to trasa mojej ucieczki
pociągiem przed ulewnymi deszczami, z Żywca do domu (kliknij).

    
   

Czwartego dnia wielkie święto, bo przecież dotarłem do pierwszego celu podróży - Beskidu Śląsko-Morawskiego. Rozbijam biwak na polance, jem, piję i oglądam okolicę. Potem krótki spacer ogromną tamą, nad zalewem. Przed południem wchodze na szlak i wchodzę na Łysą Górę, najwyższy szczyt tego Beskidu. Po drodze piękne widoki - Beskid Ślasko-Morawski obfity i urokliwy. Na szczycie pełno Czechów. Z góry niesamowita panorama - bardzo blisko stąd, aż po horyzont znajdują się znane wam dobrze pasma górskie. Widzę stąd Beskid Śląski i Żywiecki, Babią Górę, Tatry Wysokie, Tatry Niżne, Małą i Wielka Fatrę. Nocleg ponownie na biwaku pod małym Smerkiem.  Piątego dnia kieruję się na Makovsky Przesmyk - przełęcz na granicy czesko-słowackiej. Kilkanaście kilometrów mozolnej jazdy pod górę. A stamtąd, jak na hulajnodze, jadę kilkanaście kilometrów cały czas w dół, do Bytcy na Słowacji. Pędząc w dół, cały czas widzę na horyzoncie Wielką Fatrę. W Bytcy kręcę się trochę po mieście i próbuje złapać podstawy języka Słowackiego. Potem ruszam do Żiliny. Żilina - cóż za piękne miasto! Docieram tam nocą i również kręcę się trochę po mieście. Nocleg na biwaku, u stóp Małej Fatry. 

Szóstego Dnia otrzymuję wiadomość, że deszcze się nasilą i że po polskiej stronie jest zagrożenie powodziowe. Podobno Beskid Żywiecki już szykuje się na falę powodziową. Nie mam wystarczająco dużo pieniędzy, by stan zagrożenia przeczekać tu na Słowacji,  więc podejmuję trudną decyzję o powrocie do Polski. I faktycznie, z Żiliny do Węgierskiej Górki pod Żywcem, jadę znów cały dzień w deszczu. Po drodze pęka mi tylna opona. Tym razem nocuję na znajomym polu namiotowym w Węgierskiej Górce. Siódmego dnia jadę do Żywca. Kupuję nową oponę i postanawiam jeszcze jedną noc spędzić w górach. Pędzę po południu na Przyborów, a stamtąd wspinam się na przełęcz Głuchaczki. Rower targam ze sobą. na przełęczy mieści się baza namiotowa Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. Poznałem przed laty tych ludzi. Docieram wieczorem, ale z racji pory roku, nikogo tam nie ma. Nocuję w drewnianej chacie, na terenie bazy. Babią Górę mam tuż obok, po sąsiedzku. Ósmego dnia idę na Babią. Szlaki są zabłocone, wszędzie pełno stojącej wody. Dochodzę do Czarnej Polany. Znad Babiej Góry już zbliżają się ciemne, ciężkie chmury. Wracam na Głuchaczki, pakuję obóz i zjeżdżam do Żywca. Stąd pociągiem, przez Bielsko-Białą, Katowice i Opole, wracam do domu. 
    

KARTA PADŁA, ZDJĘCIA DIABLI WZIĘLI 

Nie do końca wszystko poszło zgodnie z planem, bo silne deszcze i zagrożenie powodziowe wypłoszyło mnie spod Wielkiej Fatry w okolice Żywca, skąd pociągiem wróciłem do domu (żółty odcinek na mapie). Ale po drodze było fantastycznie. Nie żałuje ani chwili. Spotkał mnie po drodze tylko jeden pech, za to duży. Padła mi karta pamięci w aparacie i wszystkie zdjęcia z podróży diabli wzięli. A było ich ponad trzysta i jak rzadko kiedy, tym razem starałem się o piękne kadry i rzetelne dokumentowanie trasy. Uratowało się tylko trzy zdjęcia. Zatem opowiadając o przebiegu wycieczki, posilę się ostatecznie zdjęciami z wikipedii. 

     

 powrót do strony głównej ->

 

"...Lubię jeździć rowerem, bo jest za darmo i nie trzeba wysiadać z kabiny ani szukać miejsca do zatrzymania, gdy nagle cos nas zaciekawi i chcemy to obejrzeć..."