strona główna             spis treści              o mnie

   

20 maja 2014

 

SIEDEM DNI W SIODLE. 
ROZWAŻANIA PODCZAS SAMOTNEJ ROWEROWEJ WŁÓCZĘGI

W trakcie mojej rowerowej majówki 2014, spędziłem na rowerze siedem dni, praktycznie sam na sam ze sobą. Kilka słów o tym, jak to jest tak jechać i się włóczyć. 

Lubię jeździć rowerem, bo jedzie się za darmo i zza kierownicy lepiej wszystko widać. Samochodem jest oczywiście łatwiej, ale podziwianie świata z wnętrza samochodu jest mniej atrakcyjne. Bo nie zawsze można się natychmiast zatrzymać, gdzie się chce (znaki zakazu itp). No i jest się "w środku". Kabina samochodu oddziela mnie od otaczającego świata. W samochodzie jestem "zamknięty" wewnątrz. Z rowerem jest zupełnie inaczej - tu jestem cały czas "na zewnątrz". Bliżej świata. 

Jadąc, czuję na sobie wszystko, co się wokół dzieje - wiatr, zapach otoczenia (przejeżdżając obok pola rzepakowego, czuję rzepak; obok tartaku - zapach świeżego drewna). Gdy jadę, nic mnie nie oddziela od tego świata. Wszystko jest blisko, dosłownie na wyciągniecie ręki, na dotyk. Więc oglądanie widoków jest przyjemniejsze, bardziej "panoramiczne" i z efektami specjalnymi, typu zapach, wiatr, odgłosy okolicy. Tylko trzeba trochę wysiłku, bo rower sam nie pojedzie. Cos za coś.
   

STRES PRZED PODRÓŻĄ. PRZED NIEZNANYM.

Gdy, na początku tejże wyprawy, wyruszałem z domu w stronę Prudnika, myślałem sobie to co zawsze. Czy dam radę? Jak będzie? Zawsze przed podróżą czuje się lekki stres. Kiedyś myślałem, że tylko ja tak mam. Ale po rozmowach z ludźmi wiem, że nie tylko ja. Pomagam sobie wtedy myśleniem, że pierwszy dzień sam mi pokaże, czy jechać dalej. W razie jakichś problemów, pierwszego dnia zawsze można zawrócić. Oczywiście, gdy już jest się w drodze, to wcale nie ma ochoty zawracać. Ta myśl, to tylko sztuczka, która ma pomagać radzić sobie ze stresem i tyle. Gdy Opole miałem już za sobą, a w oddali, na horyzoncie, pojawił się już zarys gór Opawskich, stres zastąpiła radość podróżowania.  

Aczkolwiek zawsze się zastanawiam, jak wielki czułbym stres, gdybym był na miejscu Roberta Scotta, który w 1902 roku ruszał na trekking przez Antarktydę, by zdobyć biegun? Ja, ruszając w drogę wiem, że w razie czego, w miastach są szpitale, stoiska rowerowe w marketach. jak mi czegoś zabraknie, wystarczy, że wstąpię do sklepu. Scott i jego towarzysze nie mieli tego komfortu. Oni musieli wszystko dobrze wyliczyć - racje żywnościowe, ilość lekarstw, ubrań itp. Nie wiedzieli, co ich po drodze spotka, bo byli pionierami. Oni tę podróż musieli najpierw przebyć w myślach, próbując sobie wyobrazić jak będzie, przewidzieć, co da się przewidzieć i liczyć na to, że Antarktyda ich nie zabije. 

Taki jest los pionierów. A ja? W stolicy Czech, Ostravie, wszedłem do Kauflanda, a tam identyczny układ półek i stoisk, jak w Kauflandzie w Opolu (i nawet towary niektóre polskie). Taka sytuacja to przeciwieństwo stresu i niepewności. Taka sytuacja to niemal deja vu! Albo parę lat temu w Grecji - wchodzę do jakiegoś sklepu przy drodze, a tam Grek mówiący po polsku. Podobno już nawet Nepalczycy w Himalajach mówią trochę po polsku, bo turystów z naszego kraju ostatnio tam jest więcej. Czy jest choćby malutka, nawet taka tycia szansa, że gdzieś jeszcze mógłbym przeżyć prawdziwy lęk przed nieznanym? Jak sto lat temu Scott i jego towarzysze?
    

CZESI I SŁOWACY. KTO BARDZIEJ PODOBNY DO POLAKÓW?

A propos tych podobieństw, to będąc na Słowacji, w ogóle nie czułem, że jestem na Słowacji. Ten kraj jest tak podobny do Polski, że ciężko się przestawić. język, wioski, styl budownictwa domów jednorodzinnych itp. Wszystko, jak w Polsce. Nawet grządki z kwiatami, obok domów. Rozmawiając z nimi nie zawsze umiałem rozpoznać, czy rozmawiam ze Słowakiem, czy z Polakiem. Zwłaszcza w rejonie przygranicznym nasze języki maja wiele wspólnych cech. Nie mogę się tylko przyzwyczaić do tego ich "dovidenia" (pol. do widzenia). Ciężko mi się pozbyć naszego "dz".  Ale słowackie gazety czytam swobodnie. 

Zupełnie inaczej mam z Czechami. Próbowałem uczyć się czeskiego, bo bywam w Czechach bardzo często, ale kiepsko mi idzie. O ile słowacki jest niemal identyczny z językiem polskim, to czeski bywa jego odwróceniem. Czeski "sklep" to po polsku piwnica, a "lekarna" to u nich apteka. WYchodek to u nas wiadomo co, a u nich "vyhod" to kapitał. Uczyć się czeskiego przez skojarzenia jest wysoce ryzykowne. 
Ale pal sześć język.  Zauważyłem u czechów fascynację country i dzikim zachodem. Często widzę u nich knajpy stylizowane na saloon'y z westernów. W turystycznych wsiach z okien słychać przeboje country, a mężczyźni przychodzą pograć w bilard w kurtkach z frędzlami na rękawach. Zupełnie, jak by właśnie wrócili z Mrągowa. Może ta westernowa atmosfera, to tylko taki wabik na turystów?
      

ILE KOSZTUJE WOLNOŚĆ

Jadę sobie przez kolejne czeskie miejscowości i właściwie nic mnie nie obchodzi. koła roweru się kręcą, słońce świeci. W drodze jest dużo czasu na myślenie, więc myślę sobie różne rzeczy. Wiecie, naprawdę istnieje coś takiego, jak droga do własnego wnętrza. Tyle, że wnętrze człowieka to otchłań, w którą czasem bezpieczniej jest nie zaglądać. A ja zaglądam i nie wiem, czy to rozsądne. Bo zaczynam się przywiązywać do tej mojej wolności. I potem bardzo ciężko jest po takich eskapadach - czy to rowerem, czy pieszo po górach - wrócić do "normalności". 

Bo gdy tak człowiek odjedzie na pewną odległość, od tej swojej cywilizowanej, społeczno-gospodarczej codzienności, to zaczyna widzieć, jaka ona jest naprawdę. W naszej rzeczywistości wszystko jest zorganizowane, bo ktoś wszystko dla nas zorganizował. Dla nas i za nas. Władza, pracodawcy, urzędy i inne takie. Wszędzie tylko kary, mandaty, zakazy i pozwolenia. Nie mogę nic zrobić, jeśli nie mam w kieszeni papieru, że ktoś mi na to pozwala. i to ma być wolność? Żyjemy tylko w iluzji wolności. Jeśli chcemy naprawdę być wolni, musimy z tej cywilizacji uciec. Ale czy jeszcze jest dokąd? 

Jeszcze do niedawno uciekało się do Amazonii, by uczyć się wolności od tamtejszych Indian. Ale już nawet tam sięgają obecnie macki władzy. Brazylia wkrótce wyśle do dżungli zespoły urzędników, które skatalogują kolejne plemiona, rozplanują im terytoria, narysują mapy. Dżunglę Amazońską - ostatnie miejsce wolności na Ziemi - zamienią im w rezerwat. Spis ludności czy zrobienie mapy to na pozór nic złego, ale stąd już tylko krok od nałożenia na nich podatków i kar, ograniczeń oraz wizyty nawiedzonych ekologów. Setki lat temu południowoamerykańscy Indianie przeżyli najazd hiszpańskich kolonizatorów. Uciekli wtedy w głąb dżungli. Do obecnych czasów dżungla się skurczyła i nie bardzo jest już gdzie uciekać. 
      

PORA WRÓCIĆ NA ZIEMIĘ

Na tym na razie skończę moje rozważania o życiu. Nie wiem nawet, czy komuś będzie się to chciało czytać. Podobno dla internetowego czytelnika 1500 znaków to już dużo. A ten ma 7300 znaków i zgodnie z internetowymi statystykami, jest "nudny bo długi". 
Poza tym nie chcę się fałszywie kreować na wolnościowca, bo sam żyję w tym, pełnym ograniczeń świecie i akceptuję jego zasady. Bo w nich się wychowałem. Dostosowałem się. Jednak zawsze pamiętam, by od czasu do czasu, na chwilę się wyłamać. Uratować jakąś odrobinę tej swojej wolności. Po prostu wziąć plecak, mapę, trochę żarcia i... 

- Cześć sąsiad! - pyta sąsiadka, widząc mnie wychodzącego z plecakiem z domu. - Gdzie znowu wybywasz? 
- Znikam w góry, na kilka dni - odpowiadam
- Kiedy wracasz?
- Szczerze mówiąc to nie wiem. Zobaczymy jak będzie - mówię. 
- Ten to ma życie! - mówi zaskoczona sąsiadka. - Jedzie i nie wie, kiedy wróci 

     

 powrót do strony głównej ->

 

"......