strona główna             spis treści              o mnie

     

1 kwietnia 2014

 

ŻYCIE W CHACIE TRAPERSKIEJ cz 1

Zapewne obejrzeliście już mój filmik z chaty myśliwskiej. Piękne góry, odludzie, klimatyczny półmrok pośród drewnianych ścian, metalowy kubek na herbatę i trzaskający w palenisku ogień. Tak można pobieżnie opisać życie w takiej górskiej chacie. Pobieżnie - bo tych kilka słów opisuje jedynie to, co widać na zdjęciach. A cały urok tego miejsca kryje się w tym, czego na zdjęciach nie widać.

Chata, o której mowa, znajduje się w Sudetach, na wysokości ok. 1300 m. n.p.m. na wschodnim zboczu Śnieżnika. Nie docierają tu ani światła ani dźwięki cywilizacji. Nocą panuje absolutna ciemność. Pustka. Tylko góry, aż po horyzont. Tu wodę czerpie się ze strumienia, a w nocy wokół chaty biegają lisy. Za dnia główną rozrywką jest wychodzenie w góry i wałęsanie się po szlakach, by pod wieczór wrócić, napalić w piecu, ugotować sobie cos do jedzenia i odpoczywać, kontemplować. Wejść w spokojną noc, po dobrze przeżytym dniu.

     

błąd wyświetlania zdjęcia

      

Chata ma ganek, dwie izby i strych. Droga do niej wiedzie pod górę. W dodatku nieoznakowanymi ścieżkami. Trzeba je znać. Wchodząc do pierwszej izby, tuz za progiem, czuje się albo zapach starego, zaimpregnowanego drewna, z którego jest zbudowana, albo swąd dymu, dochodzący z pieca. Po powrocie do domu pachną tym dymem wszystkie moje ubrania i śpiwór. Trzeba go wietrzyć na balkonie trzy dni, albo wyprać. 

Chata należy do lokalnego nadleśnictwa. Stoi sobie pusta, na zboczu wielkiej góry, od ponad stu lat. Czasem miewa gości. Jeśli trzeba coś w niej naprawić czy posprzątać, robi to ten, kto akurat do niej zaszedł. Zatem jest to transakcja wiązana - chata daje tobie schronienie, a ty w zamian o nią dbasz. To uczciwy układ. Zatem ten, kto jest akurat w chacie, pełni obowiązki gospodarza. Jeśli przyjdą następni goście, aktualny gospodarz częstuje herbatą. 

Przyjechałem tu na kilka dni, w ostatnich dniach zimy, nakręcić filmik, którzy możecie oglądać na mojej stronie (patrz: sąsiedni post). Posprzątałem, naniosłem drewna do paleniska, odśnieżyłem przed drzwiami i przybiłem klika gwoździ, gdzie trzeba. Później wybrałem się do odległego o 20 minut drogi, źródełka po wodę. Czysta, górska woda, świetnie nadaje się na herbatę czy do ugotowania zupy. Niektórzy po prostu topią śnieg, ale skoro jest źródełko, to ja wolę ze źródełka. Byłem w tej chwili jedynym mieszkańcem tego miejsca, więc chwilowo chata była "moja". Nie w sensie prawa własności, lecz dlatego, że na chwilę wypełniłem ją swoim życiem.  

A propos wypełniania jakiegoś miejsca sobą oraz "prawa własności". U nas w Europie, przyjęło się, że coś jest "nasze" dopiero, gdy mamy na to urzędowy papier. Ale już w takiej dżungli Amazońskiej, plemię dzikich Indian szukające terenu na osiedlenie się, nie zaprząta sobie głowy urzędowymi dokumentami, bo urzędów tam nie ma. Oni sobie urzędów (jeszcze?) nie wymyślili (my sobie wymyśliliśmy a teraz narzekamy). Oni po prostu wędrują przez dżunglę, szukając dobrego miejsca na osiedlenie się. Miejsca, gdzie jest dobra ziemia i dobry las, który ich nakarmi i ochroni przed resztą świata.

Gdy dzikie, amazońskie plemię, wędrując przez dżunglę, natrafi na odpowiednie miejsce do zorganizowania domu, to po upewnieniu się, ze teren jest niczyj, po prostu wypełniają to miejsce sobą. Ziemia i las już tu przed nimi były, ale oni przyszli i tchnęli w to miejsce życie. Tchnęli w to miejsce siebie. I to Indianom daje poczucie, że ono jest „ich”. 

Zobaczcie, jak to przypomina związki międzyludzkie. Gdy wypełniamy nami czyjeś życie, to ten ktoś już jest „nasz”. Nasz przyjaciel, nasz sąsiad, nasz dziadek, syn, narzeczona, pies czy drzewo, które wyschło, a my je podlewaliśmy. Gdy odżyło, stało się „nasze” do tego stopnia, że zawsze na nie patrzymy, przechodząc obok. Nawet, jeśli to drzewo rośnie gdzieś daleko od naszego domu. Jest „nasze”. I nie trzeba było papierów, ani urzędników, by się z nim związać. Wystarczy, że tchniemy w coś nasze życie, wypełnimy cos sobą, a przestanie być obce. 

I jak tak się właśnie czułem w tej chacie. Że choć nie mam na nią papierów (bo i po co? Niech ona będzie tez czyjaś, tylko w inny dzień, gdy ja już sobie stąd pójdę), to dziś jest moja, bo ja tu śpię, sprzątam i doglądam obejścia. Ale nie myślcie sobie, że takie „posiadanie” to prosta sprawa, że to jakiś zysk, na który się łakomię. Nie. Takie posiadanie rodzi obowiązki i nakłada odpowiedzialność. Za kolejnych przybyłych, gdy nadejdą zmęczeni, być może po zmroku. Kiedy się zjawią, to do mnie – jako tymczasowego gospodarza – będzie należało ich powitać i dać im ciepłej herbaty. Mnie tez tak kiedyś ktoś w tej chacie powitał (jednak o tym w innym wpisie). 

Ale teraz byłem tu sam. Przez większość wieczoru kręciłem się wokół chaty; troche przesiadywałem na pniu i oglądałem pokryty śniegiem, pejzaż. Zapadł zmrok. Nie było ani jednej chmury, więc patrzyłem w gwiazdy, by je dobrze zapamiętać. Księżyc był w nowiu, więc sąsiednie góry wtapiały się w mrok nocnego nieba. Ale były widoczne, bo ich szczyty odrysowywały się na tle mrowia gwiazd. 

   

  błąd wyświetlania zdjęcia

    

Wieczór jednak powoli przeszedł w noc i zacząłem ziewać. Rozścieliłem na drewnianej podłodze karimatę, śpiwór i wsunąłem się do środka. Na dworze było spokojnie. Żadnego wiatru. Długo przewracałem się z boku na bok, ale w końcu oczy zaczęły mi się kleić. Już zasypiałem, gdy nagle z półsnu wytrąciły mnie jakieś hałasy. Coś kręciło się przed wejściem do chaty. Rozbudzony nie wiedziałem za bardzo, co. Sięgnąłem po leżący obok mojego posłania telefon komórkowy - była 1:00 w nocy. Pewnie ktoś szedł szlakami i przyszedł do chaty na nocleg. Gdy wejdzie, powiem mu, żeby sobie wziął moją herbatę ze stołu i się rozgościł, a sam po prostu zasnę. Jednak nikt nie wchodził, a hałasy nie ustawały. 

W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że ktoś grzebie w worku ze śmieciami, który po sprzątaniu zostawiłem przed chatą. Najpierw się zdziwiłem, ale potem szybko domyśliłem się, kto to może być. Wstałem, podszedłem do okna, uchyliłem je dyskretnie i zacząłem się rozglądać. Wokół chaty biegało po śniegu kilka lisów, które wyczuły moja obecność i jedzenie. Z worka na śmieci próbowały wyciągnąć resztki i z pachnącym żarciem, opakowań. faktycznie, dopiero teraz przypomniałem sobie, że przecież do worka ze śmieciami wyrzuciłem też stare puszki po konserwie, które zostawił na stole poprzedni bywalec. Zatem lisy biegały wokół, a ja miałem darmowe widowisko. Tkwiłem w tym oknie, przez kilka minut i oglądałem darmowy film przyrodniczy. Nie co dzień miewa się takich gości. W końcu jednak wróciłem do śpiwora i resztę nocy przespałem, jak niemowlę.  

Następnego dnia zająłem się kręceniem filmu. Czas minął przez to dość szybko. Ale i tak zdążyłem odczuć, jak specyficznym miejscem jest taka samotnia. To jest cos, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma telewizora, ani Internetu. Nie ma tu przecież nawet prądu. Żadnych hałasów, ludzi, odgłosów maszyn. Tylko cisza i pustka dookoła. Szum wiatru pośród gałęzi drzew i skrzypienie śniegu pod stopami. Potraficie to sobie wyobrazić? Ciekawe, jak długo wytrzymalibyście w takim miejscu? Jak długo wytrzymali byście z samym sobą, słysząc w izbie jedynie własny oddech i własne kroki... W takich warunkach człowiek zaczyna gadać sam do siebie. 

    

błąd wyświetlania zdjęcia

    

W takiej samotni zaczynamy sobie zdawać sprawę, jak bogaty jest świat otaczających nas dźwięków.  Na co dzień tego nie zauważamy. Bo w cywilizowanym świecie jesteśmy dźwiękiem dosłownie atakowani i to z każdej strony. Rozmowy, gwar uliczny, szum samochodów, warkot maszyn, hałas wszędobylskich reklam, trzaskanie drzwiami, szuranie kapciami o dywan, buczenie lodówki i masa innych przypadkowych odgłosów. Ludzki mózg większość tych dźwięków tłumi, żebyśmy nie zwariowali. Staliśmy się nieczuli na dźwięki otoczenia, bo bo w cywilizowanym świecie mamy ich za dużo, tudzież są drażniące (czasami zwykła lodówka przeszkadza w nocy spać). 

A tu? Na zboczu góry? Szum wiatru wśród gałęzi, odgłosy ptaków lub szczekanie lisa gdzieś w oddali, skrzypienie śniegu pod podeszwami buta, woda ściekająca po kamieniach przy źródełku, skrzypienie ocierających się o siebie konarów drzew, ciche tąpnięcie płachty śniegu, która nagle spadła z gałęzi na ziemię. To wszystko słychać! A wewnątrz chaty skrzypienie drzwiczek w trakcie dokładania do pieca, stukanie butami o drewnianą podłogę, chrobot otwieranych drzwi do izby, szum kurtki zawieszanej na wieszak, mój kaszel wywołany zimnym powietrzem, odgłos przesuwanego krzesła, stukniecie siekierki odkładanej na półkę, szum podgrzewanej wody w kuchence, rozdzieranie papierowej torebki z zupą instant, mój oddech i bicie serca. Te dźwięki dosłownie wbijają się w głowę! 

I tak minął mi czas kręcenia filmu w chacie, a potem wieczór. Na napawaniu się ciszą, spokojem i tymi dźwiękami. Jeśli przeczytaliście to do końca, to teraz rozumiecie, czemu w moim filmie nie umieściłem żadnego podkładu muzycznego ani komentarza głosowego - jak w profesjonalnych filmach dokumentalnych. Postanowiłem zostawić was z ta samotnią i tymi dźwiękami sam na sam.

Film do obejrzenia na stronie głównej.

      

powrót do strony głównej ->

 

"...Świat, jak z książek przygodowych. Nie widać stąd wiosek i miast. Nie docierają tu światła ani dźwięki cywilizacji. Nocą panuje absolutna ciemność. Pustka. Tylko góry, aż po horyzont.."