strona główna             spis treści              o mnie

      

8 maja 2014

 

KIEDY W GÓRACH MÓWIĆ A KIEDY NIE MÓWIĆ "DZIEŃ DOBRY"?

 

Mając jakieś 14 lat, podchodziłem raz na Śnieżkę czerwonym szlakiem, wzdłuż potoku Łomniczki. W pewnej chwili dwie obce dziewczyny powiedziały do mnie "cześć". Myślałem, że mnie zaczepiają, ale poszły dalej. Chwilę później usłyszałem "dzień dobry" od dwójki emerytów, schodzących do Karpacza. To było sprzeczne z polskim obyczajem, by starszy kłaniał się młodszemu. Potem wystrzeliła w moja stronę salwa przeróżnych "dzieńdobry", "hej", "cześć" od większości mijanych po drodze ludzi. Nie wiedziałem, o co chodzi. Gdy idę przez miasto, ludzie się tak nie zachowują. Ale, aby nie wyjść na niegrzecznego, zacząłem robić to samo. Kiedy wchodzisz między wrony...

W górach może się zdarzyć (im wyżej tym częściej), że napotkani na szlaku ludzie, będą masowo mówić do was "cześć", lub "dzień dobry". Ci, co rzadko bywają na szlaku, są na początku zdziwieni. Przecież na ulicy obcym ludziom się nie kłaniamy. Dlaczego więc na szlaku, ktoś z daleka woła do nas i jeszcze się przy tym uśmiecha? Chce nam coś sprzedać? A może to świadek jehowy? Raczej nie. Raczej chodzi o stary, górski zwyczaj.

W teorii, górskie „dzień dobry” jest pozdrowieniem górzystów, ludzi gór. Dawniej w latach powojennych, w ten sposób okazywali sobie szacunek prawdziwi, rasowi turyści górscy. Poznać ich można łatwo, po specyficznym ubiorze, wielkim plecaku, a w wyższych górach (np. Tatrach) po czekanie przypiętym do pasa. Myślę jednak, że ów zwyczaj wziął się przede wszystkim z tego, że na opustoszałych szlakach najzwyczajniej głupio jest przejść bez słowa obok innego człowieka. Zwłaszcza, że to ktoś podobny do mnie. A pozdrowienie może stać się też okazją do krótkiej rozmowy, o warunkach na szczycie, utrudnieniach na szlaku, o czymkolwiek. Niektórzy tak poznali swoje żony!

Choć oczywiście na zatłoczonych szlakach, nie ma sensu kłaniać się co chwila wszystkim wokół. Ani na asfaltowych ulicach, jak ta prowadząca na szczyt Pradziada w Czechach (tu nie obowiązuje tradycja, lecz przepisy ruchu drogowego). Nie ma też powodu, aby zdyszany wędrowiec, z ciężkim plecakiem na plecach, pierwszy kłaniał się turyście, który na górę wjechał kolejką linową. Natomiast zawsze pierwszy kłaniam się na szlaku osobom starszym, takim zdyszanym, czerwonym na twarzy z wysiłku. Każde sto metrów pod górę sporo ich kosztuje - wiem, bo widzę to choćby po moich rodzicach.

Raz w życiu zdarzyła mi się sytuacja, gdy witałem się na szlaku z każdym mijanym człowiekiem. To było w Bieszczadach, na drodze między Tarnawą a źródłem rzeki San. Tarnawa jest specyficznym miejscem. Pobędziesz tam dwa trzy dni i znasz wszystkich. Bo ta wioska, ze swoimi czterema domami i parterowym, drewnianym "hotelem" w stylu arktycznym, jest tak kameralna, że każdy co chwilę na każdego wpada. Dlatego idąc do źródła Sanu (długo się idzie) ciągle trafiałem na kogoś znajomego. 

Do kogo jednak, w górach, „dzień dobry” nie mówić? Do starych górali, zwłaszcza podhalańskich. Bo jest niemal pewne, że nie odpowiedzą. Oni tam są bardzo wierzący i chcą, by mówić do nich „Niech będzie pochwalony”, albo w skrócie „pochwalony”. Wtedy górale widzą, że przyszedł do nich „swój” człowiek, a nie jakiś tam "obcy, co się po wsi kręci". Jedna turystka, nie tak dawno, chciała w Zakopanem kupić prawdziwe oscypki. Poszła pod bacówkę i do siedzącego przed domem, górala mówi „dzień dobry”. A baca nic. To ona jeszcze raz „dzień dobry”. A baca nic. Dopiero, jak coś jej zaświtało w głowie i powiedziała „pochwalony”, wyszedł do niej i dobili targu. Ale ja tego rodzaju "tradycji" nie pochwalam. Jeśli ktoś do ciebie przychodzi, to wita się z tobą, jak umie. Jeśli robi to szczerze, nie można się do niego odwracać plecami.

Przy okazji. Jeszcze jednej rzeczy górale nie lubią. Wręcz nie znoszą! Dlatego pozwolę sobie was ostrzec. Jak świeżo przybyły do Zakopanego turysta, próbuje mówić „po góralsku”. Sam byłem świadkiem, jak pewien mężczyzna, po pierwszym piwie każde kolejne zdanie kończył okrzykiem „Heeej!” i próbował coś tam bełkotać gwarą. Mnie samego jego zachowanie irytowało, a co dopiero górali? Przecież gwara, to ich życie, ich folklor. Może ten facet nie chciał nic złego, ale wyszło inaczej. Jakby robił sobie jaja. Tylko jak ciupagi pójdą w ruch, to mu ktoś te jaja odrąbie.

W sumie górale i górzyści, są bardzo do siebie podobni. Choć ci pierwsi w górach żyją, a drudzy są tam jedynie przechodem*. Jedni i drudzy szukają tam harmonii z otoczeniem i odrobiny świętego spokoju.

Cześć!

 

*przechodem - analogicznie do "przejazdem", tyle, że pieszo. Wiecie, że ten wyraz faktycznie istnieje w słowniku języka polskiego?

 

powrót do strony głównej ->

 

"...na opustoszałych szlakach najzwyczajniej głupio jest przejść bez słowa obok innego człowieka."