strona główna             spis treści              o mnie

   

20 maja 2014

A MOŻE TAK WBIEC NA BISKUPIĄ KOPĘ?

Poniższy tekst jest dla osób, które ciekawi, jak to jest stanąć na szczycie góry, wiedząc, że się na nią wbiegło, a nie weszło. 

Ostatnio chciałem się trochę rozruszać więc wymyśliłem sobie że wbiegnę na Biskupią Kopę (890 m.n.p.m.) w Górach Opawskich. Żeby było jasne - nie ja wymyśliłem taki sport. Przede mną byli już inni. Widziałem ludzi wbiegających z Karpacza na Śnieżkę oraz takich co po prostu biegli szlakiem, zaliczając po drodze kolejne szczyty. Pomyślałem, że nie chcę być od nich gorszy. 

Nie wiem kto wymyślił bieganie, ale jego wynalazek jest świetny. Normalni ludzie reguły nie biegają, chyba że za autobusem, gdy ucieka sprzed nosa. Dzisiaj mamy takie czasy że normalni ludzie jadą samochodem do sklepu oddalonego 400 metrów od domu. A na tych co lubią założyć dres i trochę się przebiec patrzą jak na zaćmienie słońca. Na szczęście ostatnio sytuacja się zmienia bo panuje moda na jogging. Nikogo już nie dziwi, że ktoś nabrał ochoty, by pobiegać bez celu. 

Choć taki biegacz oczywiście cel ma i to bardzo konkretny. Otóż na mecie czeka na niego solidny zastrzyk endorfin i adrenaliny. Czyli popularnych i diabelnie skutecznych hormonów szczęścia, które wyzwalają się w organizmie podczas biegu. Wystarczy tylko kilka kilometrów, spokojnym tempem. Wierzcie mi, fajnie jest żyć z czymś takim we krwi. Ale to nie jedyny powód, dla którego robię takie rzeczy jak wbieganie na szczyt góry. Ja po prostu lubię się sprawdzić i wiedzieć, że coś mogę. To daje jeszcze większe poczucie siły. 

      

błąd wyświetlania zdjęcia błąd wyświetlania zdjęcia  

Mapka mojego biegu na Biskupią Kopę (890 m.n.p.m.)
Długość trasy z Jarnołtówka na szczyt to ok. 7,5 km
(kliknij by powiększyć)

       

Miejsce startu wyznaczyłem pod kościołem w Jarnołtówku (360 m.n.p.m.). Zjawiłem się tam około 17:00. Zaparkowałem samochód, zjadłem batonika, popiłem wodą. patrząc na górę, miałem tremę, ale przecież nikt mnie tu nie obserwuje i nie będzie oceniał. Jeśli nie dam rady, to trudno - ale spróbować trzeba. Z resztą, wszystko rozstrzygnie się już na początku biegu - w trakcie podbiegania w górę wioski. Droga przez Jarnołtówek wiedzie ostro pod górę, aż do pensjonatu Ziemowit, gdzie zaczyna się żółty szlak na Kopę. Jeśli poradzę sobie z podbiegiem do Ziemowita, to dalej już na pewno pójdzie dobrze. 

No i ruszyłem! Przebiegłem przez środek wsi, minąłem mostek nad Złotym Potokiem i dalej biegłem już w górę prosto w kierunku Ziemowita. Jak przewidywałem, ten odcinek dał mi popalić. Tam się ciężko wchodzi spacerem, a co dopiero biec? Samochodem wjeżdża się tu na jedynce. Ale brnałem do przodu, zdyszany i zlany potem. Przy każdym kroku opór wzniesienia, jak by ktoś złapał mnie z tyłu za gumkę od spodenek i przeszkadzał biec. Podbieg z centrum wsi do Ziemowita był ekstremalnie męczący, ale gdy wbiegłem już na żółty szlak, wiedziałem, że przeszedłem pierwszą próbę. Tu szlak już złagodniał, więc wystarczyło tylko biec i umiejętnie rozkładać siły, aby mieć zapas energii na ostatni odcinek, bo tam na górze znów będzie ostro pod górę. tam odbędzie się główna walka. 

Biegłem. Cóż za wspaniałe uczucie! Mijałem kolejne zakręty na szlaku, patrzyłem sobie na sąsiednie górki, spoglądałem w górę na liście gałęzi, pod którymi przebiegałem. Godzina była już stosunkowo późna, więc na szlaku byłem sam. Oprócz mnie żywej duszy. Słyszałem za to śpiewy ptaków, szum wiatru w koronach drzew i własne kroki. Nie bałem się, bo przy sobie miałem telefon, w razie by trzeba było wezwać pomoc. Odpukać! 

     

  błąd wyświetlania zdjęcia błąd wyświetlania zdjęcia

Szlaki w dolnych partiach góry (po lewej) są łagodne i dobre do biegania.
Jednak im wyżej, tym trudniej - z prawej stromy podbieg pod szczytem.
(kliknij by powiększyć)

     

Biegłem sobie i biegłem... i w tym biegu odpoczywałem. Nie śmiejcie się! To prawda! Można odpoczywać w biegu. Po ponad godzinie dobiegłem do schroniska PTTK, które leży około 15 minut marszu od szczytu. Tu kończy się normalny szlak, a znów zaczyna ostry podbieg pod górę. Po kamieniach. Szczyt już niedaleko. Pora na starcie z bestią – czyli stromą ścieżkę, prowadzącą na sam szczyt. Już początek odcinka szczytowego jest tak stromy, że miałem wrażenie, jakbym biegł po kostki w smole. Każde dźwignięcie nogi w górę, kosztowało mnie trzy razy więcej energii, niż bieg po płaskim terenie. A przez najbliższe 400 metrów będzie tylko tak. 

Tętno przyspieszyło, jak silnik w traktorze. Dobrze, że mam żebra, bo serce chyba wyskoczyłoby mi z klatki piersiowej - tak mocno waliło. To już ten etap, kiedy trzeba się intensywnie motywować psychicznie, żeby się przypadkiem nie zatrzymać. Bo jak się zatrzymam, to koniec. Gdybym przystanął choćby na dwie sekundy przerwy, musiałbym sam przed sobą uczciwie uznać, że przerwałem bieg. Nawet, jeśli po tej chwili pobiegł bym dalej i dotarł do szczytu, to czułbym, że "to się nie liczy", bo na tę krótka chwile górze udało się zapanować nade mną i mnie zatrzymać. 

Nagle się potknąłem. Katastrofa! – myślę sobie. Jeśli się przewrócę, to już nie wstanę, ale machając jakoś dziwnie rękami, odtańczyłem taniec pijanego kondora i odzyskałem równowagę. Jeszcze tylko kilka susów i byłem na górze.  

    

błąd wyświetlania zdjęcia błąd wyświetlania zdjęcia błąd wyświetlania zdjęcia

Na szczycie Biskipiej Kopy. Zdjęcie po lewej to wieża widokowa,
na środkowym widok na Opolszczyznę ze wspomnianego, 
stromego podbiegu pod szczytem oraz po prawej
widok na Zlate Hory z Wiezy widokowej.
(kliknij by powiększyć) 

    

Wbiegłem! Jak dobrze, że już po wszystkim. Zajęło mi to niecałe dwie godziny. Długo. Pierwsze, co zrobiłem, to znalazłem ławeczkę, na której usiadłem i starałem się uspokoić oddech. Uspokajałem go chyba kwadrans. Niestety nie mogłem długo zostać na szczycie, bo robiło się już późno, a poza tym wiał wiatr. Co ciekawe, gdy już trochę odpocząłem, okazało się, że mam w sobie jeszcze spory zapas energii. Widzicie, jak to działa? A jeszcze przed momentem wydawało mi się, że biegnę na resztkach sił, na rezerwie. 

Postanowiłem więc spokojnym truchcikiem zbiec na dół. Godzinę później byłem już w Jarnołtówku przy samochodzie. Cały bieg zajął mi nieco ponad trzy godziny. Miało być tylko w jedna stronę, a okazało się, ze przebiegłem cała trasę tam i z powrotem. Dochodziła 20:30, a pomarańczowe słońce powoli chowało się za łańcuchem gór. Stałem oparty o auto, wcinałem bułkę, popijałem wodą i patrzyłem w stronę szczytu. To fajne uczucie wiedzieć, ze potrafię wbiec na coś takiego. 

Kilkanaście minut później, wracając samochodem do domu, zastanawiałem się, gdzie by tu wbiec następną razą?

  

 powrót do strony głównej ->

 

"...To prawda! Można odpoczywać w biegu. ..."