strona główna             spis treści              o mnie

   

15 października 2010

WSZEDŁEM NA GŁÓWNY SZLAK BESKIDZKI 

      

I po siedmiu dniach, po pokonaniu 160 km, z niego zszedłem. Czyli klapa, bo ten szlak w całości ma 520 km, więc zaliczyłem zaledwie 1/3 jego długości. Oto opowieść o tym, jak mały człowiek rzuca się z motyką na wielkie słońce. A bardziej dosłownie, jak niedoświadczony górzysta (czyli ja) porywa się na legendarny 520-kilometrowy Główny Szlak Beskidzki, na którego pokonanie trzeba zarezerwować sobie około trzy tygodnie urlopu.  

Mapę Głównego Szlaku Beskidzkiego zobaczyłem po raz pierwszy rok temu, w Bieszczadach, w Hotelu Górskim. Ot, wisiała na ścianie, w holu. Wcześniej nie wiedziałem, że szlaki o takiej długości w ogóle istnieją. Ale skoro już się dowiedziałem, postanowiłem, że muszę przez to przejść. A łatwo nie będzie, bo to pół tysiąca kilometrów, piechotą przez całe Beskidy. Nigdy nie szedłem tak daleko. Ani w górach, ani nawet po płaskim terenie. jednak uwielbiam tego rodzaju ekstremalne wyzwania, dlatego mimo braku doświadczenia w tak dużych wyprawach, postanawiam, że do roku czasu zmierzę się z tym szlakiem. Rok później, latem 2010r., podjąłem pierwszą próbę.

    

SKRÓCONY OPIS TRASY

Pierwszego dnia dotarłem pociągiem z Katowic do Ustronia. Była chyba 14:00 gdy wysiadłem w Ustroniu na stacji. Trochę pokręciłem się po mieście - musiałem cos zjeść i kupić jedzenie na drogę. jakaś starsza pani na rynku, widząc mój wielki plecak, powiedziała: "Toż to dom na plecach!". Spodobało mi się to określenie i używam go do dziś. Koło 16:00 ruszyłem na szlak. Niebawem dotarłem do stóp Wielkiej Czantorii. Miasto ustroń zostaje w tyle i zaczyna się właściwa zabawa. Na szczyt docieram, gdy robi się już ciemno. Nikogo tam nie ma o tej porze. Pusto. Schodzę nieco czerwonym szlakiem w dół i w pobliżu szlaku rozbijam namiot. A więc pierwszy dzień wielkiego szlaku mam za sobą. Pora spać. Drugiego dnia wstaję około 5:00, zwijam szybko obóz i po 6:00 jestem ponownie w drodze. Świat jeszcze drzemie, a ja już przemierzam kolejny górski odcinek. Okolice są przepiękne. W jednym gospodarstw proszę górala o napełnienie  butelki wody. Daje mi wodę i wypytuje, dokąd idę. jest wyraźnie zaciekawiony faktem, ze ktoś idzie Głównym Szlakiem. Pytam go, czy w pobliżu jest jakiś staw (chcę umyć sobie nogi), ale on patrzy na mnie zdziwiony i mówi, że najbliższy staw jest w Tatrach - Morskie Oko. teraz to ja patrzę na niego zdziwiony - czy oni tu nie mają stawów? Potem idę w kierunku Baraniej Góry. Wszędzie, gdzie mijam jakieś domostwa, widzę szyldy z napisem "Sery góralskie". To efekt zastrzeżenia praw do nazwy "oscypek" przez górali tatrzańskich. bezsens - mnie, jako turystę, nie interesuje, kto je wymyślił. ja chce kupić sobie "oscypka" a nie "ser góralski". Wieczorem docieram do post-prl-owskiego schroniska pod Baranią Górą. kasują ode mnie 40 zł za nocleg w bardzo przeciętnym pokoju. Trzeciego dnia idę przez Baranią Górę w stronę Węgierskiej Górki. Gubię nieco szlak, ale za to trafiam na duży, dość głęboki potok. Świetne miejsce na kąpiel. Woda bardzo zimna, ale jest upał. Jakiś góral wraca furmanką z pola. - Dobra woda? - woła do mnie. ma na sobie haftowana kamizelkę i kapelusz z rondem z muszelkami. - Bardzo dobra! - odpowiadam. Nie wiedziałem, ze oni na co dzień chodzą w strojach regionalnych. Z resztą, wielu rzeczy jeszcze o nich nie wiem. Ale wkrótce to się zmieni. Późnym popołudniem docieram do Węgierskiej Górki - miejscowości o bogatej historii partyzanckiej. Miejscowi ludzie sporo mi opowiadają o wojnie. jak się potem okaże, cały Beskid Żywiecki obfituje w miejsca historyczne. idąc górami co raz to będę napotykał na krzyże i pomniki, wyznaczające miejsca walk partyzantów i powstańców z okresu II Wojny Światowej. Nocuje na świetnym polu namiotowym w Węgierskiej Górce. Za kilka złotych mam dostęp do prysznica i gniazdek z prądem (ładowanie telefonu). Czwartego dnia budzę się około 11:00 i jestem na siebie zły, że spałem tak długo. W górach trzeba pilnować dyscypliny. Spanie do południa oznacza stratę czasu. Dzisiejszy odcinek trasy będę kończył prawdopodobnie w nocy. Wiec szybko się pakuję i ruszam na szlak. jakiś czas później idę już graniami i po lewej strony widzę z góry jezioro Żywieckie. koło 16:00 docieram do Hali Rysianka. Cóż za piękne odludzie i bardzo duże, ale przytulne schronisko.  Rozbijam się na polu namiotowym. Pełno tu ludzi, turystów, górzystów z plecakami. W schronisku oglądam w ich towarzystwie mecz i zjadam jadło drwala (wielki placek ziemniaczany, polany sosem z ziołami i mięsem a do tego piwo). W nocy przyjechała jakaś banda idiotów na motocyklach terenowych i jeździli dwie godziny wokół pola namiotowego. Piąty dzień. Stąd do Hali Miziowej jest jeden z piękniejszych odcinków Głównego Szlaku. A na Hali Miziowej betonowe schronisko z paskudna kuchnią i droga wodą mineralną. 6 zł za butelkę. Rozbój w biały dzień, ale podobne ceny są latem w wielu schroniskach. handlarze korzystają z faktu, że tu nie ma sklepów i można windować ceny. Pod wieczór schodzę do Korbielowa, kupić jedzenie w sklepie. tam miejscowy góral chwali mnie za to, ze chodzę z drewnianymi kijami (klukami), a nie jak inni z kijkami od "nordic walkingu". Wracając z Korbielowa na szlak, spotykam dwie stare góralki, z którymi urządziłem sobie wspólne śpiewanie na szlaku. One szły do domku położonego wyżej, nad Korbielowem. Niewiele później rozbijam obóz na polance, przy szlaku. jakiś jelonek przybiegł na polanke i hałasuje, ale w końcu zasypiam. Szóstego dnia, rano docieram na przełęcz Głuchaczki, do bazy Studenckiego Koła przewodnikó Beskidzkich z Katowic. Zgodnie z planem miałem tu dotrzeć wczoraj na nocleg. W bazie zabawiłem jakieś dwie godziny - zrobiłem sobie pranie i poznałem tutejszych ludzi. Potem ruszyłem przez Czarną halę na Babią Górę. Babia Góra zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Cudowne miejsce. Spędziłem na niej cały wieczór, aż do zachodu słońca. Fotografowałem, napawałem się pięknem tego miejsca. Po zachodzie zszedłem na dół, na przełęcz Krowiarki, gdzie rozbiłem namiot na zwykłym, ziemnym parkingu. W nocy dwukrotnie przyjeżdżały tu jakieś auta z rozbawioną młodzieżą w środku i kręciły bączki. na szczęście parking jest ogromny, a ja rozbiłem namiot na kawałku trawy, pod drzewem na drugim jego końcu. Pół nocy nie spałem przez te hałasy, bojąc się, że to towarzystwo mnie zauważy i tu do mnie przyjdzie. Ale na szczęście mnie nie widzieli i koło trzeciej nad ranem w końcu odjechali. Siódmego dnia, czyli nazajutrz wcześnie rano, zjawia się parkingowy i chce ode mnie pieniądze za parkowanie. Jest nieprzyjemny - ma pretensje, że to nie pole namiotowe. W ogóle to wygląda śmiesznie - ma jakieś 70 lat a na głowie kowbojski kapelusz i okulary "FBI-ki". Czy on myśli, że ktoś pomyli go z amerykańskim policjantem? Zmywam się stamtąd i ruszam w stronę Policy, na której zboczu rozbił się w latach 70-tych samolot. Dziś w miejscu katastrofy stoi pomnik - fragment ogona samolotu. W tych okolicach sporo tez krzyży i pomników poświęconych walkom partyzantów podczas II WŚ. dalej trafiam na hale Krupową. Cóż za cudowna, odludna, otoczona szczytami hala. Niesamowita, malownicza i magiczna. W małym schronisku zjadam paskudny, odgrzewany w mikrofali, obiad. Późnym popołudniem docieram do miejscowości Bystra Podhalańska i tu zaczyna się początek końca mojej wyprawy. W sklepie kupuje zbyt duży zapas jedzenia i tym sposobem przeciążam i tak już przemęczone stopy. Błąd! Droga do Jordanowa, gdzie mam nocować na polu namiotowym, jest bardzo trudna a ja na stopach mam już kilka bąbli. Gdy doszedłem do Jordanowi, miałem już spuchnięte nogi i obrzęk na kostkach stóp. Do kempingu "Strumyk" dowlokłem się tylko dlatego, ze wiem, jak się poruszać na kontuzjowanych nogach (należy szybko i głęboko oddychać, by w krótkim czasie maksymalnie dotlenić organizm - to znieczula). Ósmego dnia podjąłem niemiłą decyzję o przerwaniu wędrówki i ze skwaszoną miną wsiadłem do autobusu do Rabki Zdrój. Z Rabki busem do Krakowa i dalej pociągiem do domu. 

 

PODSUMOWANIE

Bolesne doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. Zwłaszcza gdy zaboli duma i niespełniona ambicja. Przeszedłem 160 km z Ustronia do Jordanowa koło Rabki Zdrój i upadłem pod ciężarem mojego 20-kilowego plecaka. A może raczej pod ciężarem przesadzonych wymagań wobec samego siebie?

Jednak ja lubię skakać od razu na głęboką wodę. Lubię od razu ustawić sobie poprzeczkę wysoko. I mimo, że ostatnie kilometry mojego marszu, na potwornie obolałych nogach, były dosłownie niczym czołganie się, to przecież czołga się ten, kto nadal walczy. A skoro walczy, to jeszcze nie przegrał. 

 

      

 powrót do strony głównej ->

 

"...mimo, że ostatnie kilometry mojego marszu, na potwornie obolałych nogach, były dosłownie niczym czołganie się, to przecież czołga się ten, kto nadal walczy. A skoro walczy, to jeszcze nie przegrał."