strona główna             spis treści              o mnie

   

październik 2010

JAK W BESKIDZIE ŻYWIECKIM Z GÓRALAMI ŚPIEWAŁEM NA HALI.
(I INNE WSPOMNIENIA Z GSB)

     

Podczas wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim spotkało mnie wiele fajnych sytuacji. Ale jedna z nich zapadła mi w pamięć na zawsze. Chodzi o przypadkowe spotkanie z dwiema starymi góralkami na szlaku w Beskidzie Żywieckim, które szybko przemieniło się w wesołe śpiewanie, gdzieś na zboczach góry nad Korbielowem. Był już późny wieczór, szmat drogi przede mną, ale echo niosło wesołe nuty w dal. Ale zanim je spotkałem...

    

KLUKI

Kilka godzin wcześniej zaszedłem do Korbielowa. Jest tam mały sklep, gdzie można kupić chleb (rymuje się!). Już tam zaczepił mnie jeden góral. Stał sobie pod sklepem, był umięśniony jak Rambo i wytatuowany. Miał na oko jakieś trzydzieści lat. Zauważył mnie z daleka, co trochę mnie zaniepokoiło. Wiecie, to naturalne, że człowiek czuje się nieswojo, gdy jest pod obserwacją. Ale szedłem w jego stronę odważnie, bo tam były drzwi do sklepu, a ja byłem głodny. 
      - Hej kolego! - powiedział, gdy się zbliżyłem. - Szacunek za kluki!
      - Dzięki - odparłem lekko zdezorientowany. - A co to są kluki? 
      - Twoje kijki. Są drewniane. u nas mówi się na nie "kluki". 

Tu wskazał palcem na drewniane kije, którymi się podpierałem podczas wędrówki. A więc dlatego mnie tak obserwował! Wszyscy turyści chodzą po szlakach z aluminiowymi kijkami do Nordic Walkingu - taka moda. Ja chodzę niemal zawsze z drewnianymi - ciosam je sobie na początku każdej wędrówki. I choć wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, dla górali wyglądam przez to bardziej swojsko. 

Zawsze chodzę z kijami. Trzeba je mieć, gdy się niesie bardzo ciężki plecak. Z doświadczenia wiem, że wyjście bez kijów na kilkudniowa wędrówkę, z plecakiem o wadze 16 - 20 kg (mój tyle waży), jest bez sensu. Kijki pomagają dźwigać. 

     

GÓRALSKIE ŚPIEWANIE

Zawsze chciałem dotknąć takiego prawdziwego, góralskiego folkloru. Ten knajpiany, na Krupówkach w "Zakopcu" mi nie odpowiada, bo jest knajpiany. Na Krupówkach nie gra się i nie śpiewa prawdziwych góralskich piosenek, bo cepry ich po prostu nie znają. A i wiele z nich jest na tyle trudne do zaśpiewania, że nieobyta z folklorem, przypadkowa publiczność raczej sobie z nimi nie poradzi. Nie mam racji? To znajdźcie mi turystę, który poprawnie zaśpiewa "Wysoka górkę". Hę? 

   

Wysoko górka, wysoko górka, trzy lipki
góralscy chlopcy, sykowni syćka do bitki

Bili sie łoni w sobote wiecór do rania
przy kozdym jedna kochanka stała spłakana

Hej moj Janicku, hej moj Janicku, nie bij sie,
mos tu piwecko, słodkie winecko, napij się,

   

Tego wieczoru, gdy już opuszczałem Korbielów, skierowałem się na polną drogę za wioską, aby wrócić na szlak, zauważyłem pod lasem dwie postacie, czekające... no właśnie, na kogo? Oprócz mnie na tej drodze nikogo nie było. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, ze to dwie stare góralki. Przywitałem się, a one powiedziały, że czekają na mnie. A widzicie? Jednak się nie myliłem - na kogoś czekały. Zanim zaskoczony zdążyłem spytać, czemu na mnie czekają, powiedziały: - Bo masz chłopcze latarkę! A my idziemy do naszej chaty, na górze ale nie zabrałyśmy z Korbielowa latarki.

No i poszliśmy. Po drodze ja im opowiadałem, gdzie i po co idę - że poprzez wędrówkę chcę dotrzeć do wnętrza samego siebie. Na co one odpowiedziały, że w ich wieku, to już dawno do siebie dotarły. Co za tym idzie, już się trochę w życiu nudzą, więc śpiewają w zespole folklorystycznym. Wyjaśniły mi trochę, jak taka organizacja działa. Chociażby, ze aby utrzymać status zespołu ludowego, zespół jest zobowiązany do gry na oryginalnych ludowych instrumentach z regionu. Na przykład w Beskidzie Żywieckim, jeśli w składzie kapeli jest heligonka, to nie można tego zamienić na zwykły akordeon.

Pytałem je o różne rzeczy, związane ze śpiewaniem. Czy uczyły się śpiewu? Od jak dawna istnieje ich kapela itp.  Powiedziały mi, ze góralka przed śpiewaniem najpierw się musi "łodezwać". Zademonstrowały mi, jak takie łodezwanie wygląda i wydały z siebie takie dźwięki, że aż słyszałem echo na sąsiednich zboczach. i to była właśnie esencja góralskiej muzyki - te silne głosy i echo, które je niesie po okolicy. Taki jest właśnie folklor - wywodzi się z natury i z natura współbrzmi.  

No to ja im w rewanżu zaintonowałem coś, co znam i lubię. "Sycka se wom życą to i owo...". Znacie to? Śpiewałem z godnością i najczyściej, jak potrafię. A one były zadowolone, że trafił im się turysta, który zna cos więcej niż "Góralu, czy ci nie żal". No i się zaczęło. Śpiewaliśmy też "Wysoka górkę". łącznie ze zwrotkami, których turyści nie znają. 

Mojemu tacie ukradli gacie złodzieje.
Cymze się tata, na stare lata odzieje. 

A na góralskim weselu, zasłyszałem jeszcze to:.

A naszej starce ukradli nici bandyci
Cymze se starka załata dziurę na życi. 

Jak im to zaśpiewałem, stare góralski wybuchły szczerym śmiechem :) Były ciekawe, skąd to znam. To im powiedziałem, że byłem kiedyś na prawdziwym góralskim weselu, w Brennej (niedaleko Szczyrku). 

I tak, śpiewająco, dotarliśmy do ich chaty. Góralki pożegnały mnie po przyjacielsku i pokazały zawiła ścieżkę przez las, która zaprowadzi mnie do czerwonego szlaku. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem. Podczas wesołego śpiewania zupełnie przestałem zwracać uwagę, którędy idziemy. Ale góralki powiedziały, żebym szedł tak, jak mi pokazały i nic się nie bał. A one będą mi na pożegnanie śpiewały, żeby mi się odważniej szło. A jak dojdę do szlaku, to mam się łodezwać, że wszystko u mnie gra i idę dalej.  

i śpiewały. Okazało się, że po przejściu jakichś może 500 metrów byłem już z powrotem na czerwonym Głównym Szlaku Beskidzkim. Wciąż dobrze je słyszałem. Śpiewały i czekały, aż ja się odezwę. Miła taka troska z ich strony. 

W tym momencie zadzwonił telefon. Odebrałem - to była moja mama. Pytała, gdzie aktualnie jestem A ja do niej: "posłuchaj jak górale na hali śpiewają" i podniosłem słuchawkę w górę. mama chwilę posłuchała i gdy się rozłączyła, ja zgodnie z umową łodezwałem się do góralek, że już stoję na szlaku i będę ruszał dalej. Zaśpiewałem im na pożegnanie jeszcze raz "Syćka se wom życom to i owo...". 

Po kilkuset metrach słyszałem jeszcze, jak mi wtórują. Ale szedłem przed siebie i z czasem głosy ucichły. Otoczyła mnie ciemność nocy i korony drzew. Byłem już dość wysoko. Szedłem granią w stronę Przełęczy Głuchaczki, ale wiedziałem, ze jestem zbyt zmęczony, aby tam dotrzeć tej nocy. Zacząłem rozglądać się za miejscem na rozbicie namiotu. 

     

W BIAŁCE TATRZAŃSKIEJ

Jeszcze potem mi się zdarzało z góralami śpiewać, przy innych okazjach. Raz to było w Białce Tatrzańskiej, w pewnej knajpce. Ale to już historia na kolejne opowiadanie. . 

       

 powrót do strony głównej ->